Czas wyrwać się z uścisku piwa i powrócić do korzeni, a więc whisky single malt. A zrobimy to z grubej rury, za sprawą jednej z bardziej charakternych whisky Szkocji.

O Ben Nevis było już trochę na blogu. Mamy za sobą zarówno dość obszerny sample set, jak i single caskową, hardcorową wersję o smaku kleju modelarskiego od Jacka Wiebersa. Ben Nevis to jedna z tych destylarni obok których nie można przejść obojętnie. Destylaty nastoletnie w dobrej wersji, charakteryzują się niezwykłym, acetonowo-klejowym profilem. W złej niestety prezentują akcenty siarkowe, metaliczne, a nieraz nawet rzygowe. Stare whisky z Ben Nevis, z lat 60 i początków 70 z kolei, atakują zmysły całą feerią aromatów owoców leśnych, śmietankowych (z drugiej strony aż tyle ich nie piliśmy).

Dziś jedna z tych „młodszych”, nastoletnich, choć edycja butelkowana już prawię dekadę temu – co nastraja pozytywnie. Aby nie była to sucha notka, może słówko o bottlerze. High Spirits Collection jest to włoski niezależny dystrybutor, który swoją historię rozpoczyna w 1999, ale tak właściwie to w 1970. W tym bowiem roku Ferdinando „Nadi” Fiori otwiera wraz z bratem knajpę „Taverna delli Artisti” w Rimini. W latach 70 jest jednym z włoskich pionierów odkrytej na nowo whisky single malt, głównie za sprawą swojej przyjaźni z Georgem Urquhartem, ówczesnym szefem Gordon & MacPhail. W swojej tawernie rozpija lokalsów m.in. starymi Macallanami. Z czasem czuje się na tyle pewnie, że w 1984 zaczyna butelkować szkocką whisky już pod własną marką, Intertrade. Jako jeden z nielicznych butelkuje pojedyncze beczki, nie rozcieńczając ich. Taverna delli Artisti zamyka się w 1999, wtedy też zamyka się Intertrade. Fiori zakłada od razu nową linię, właśnie High Spirits Collection.

Wartą odnotowania serią u tego bottlera są specjalne wypusty dla włoskiego klubu whisky Glu Glu 2000. Wyróżniają się one bardzo siermiężną, prymitywną, żeby nie powiedzieć tandetną szatą graficzną, w przeciwieństwie do niektórych pięknych etykiet z portfolio HSC. Generalnie ze zrobieniem czegoś podobnego poradziłby sobie bardziej uzdolniony dwunastolatek. W dodatku nie ustrzeżono się przed dość powszechnym bykiem „Cask Strenght”. Zresztą, strona internetowa tego klubu też wygląda hmmm… ciekawie, zapewniając sentymentalną podróż do prehistorii internetu (KLIK!) 😉 . Panowie z klubu zabutelkowali: Ben Nevis 1992 (w wersji 46% i CS), Bowmore 2002 (10yo, 46%), Bunnahabhain 1997 (12yo, 46% i CS), oraz 2005 (6 i 7yo, 46%), Glen Spey 1986 (25yo, cs i 46%), Laphroaig 1999 (12yo, 46%) i Macduff 2000 (10yo, 46% i cs). Część z tych butelek została ponadto przeznaczona dla Whiskeria Toilasor w Livigno, o której pisałem jakiś czas temu. HSC zabutelkowało też dla tego miejsca Caol Ilę 1983 30yo. Owa Caol Ila (ale też Glen Spey) pojawią się jeszcze na blogu, a dziś zajmiemy się Ben Nevisem.

 

Ben Nevis 1992 High Spirits Collection, 17yo, 57,1%

Whiskybase

Nos: no są te wyraźne acetony, jest mięcho. Napastowany parkiet, słodko-kwaśny sos z chili i limonką, kwaśny dżem truskawkowy, pieprz. Pod spodem jakieś świeże drewno, lekkie motywy tartaczne, a także zielone – trawa cytrynowa, ananasy z puszki, niuans anyżu. Gdzieś w tle jakaś delikatna wanilina. Czuć wysoką moc, ale alkohol nie drażni. Zapach skoncentrowany, przyjemny, nawet dość skomplikowany.

Smak: kleje modelarskie, acetony; smak gruby, mocny, skoncentrowany. W drugim smaku wchodzi sporo dębowej goryczki, niezbyt szlachetnej ale ogólnie rzecz ujmując przyjemnej. Wciąż jednak kremowo-słodko-kwaśno: jogurty truskawkowe, spadziowe miody, limonki. Pod koniec sporo motywów biologicznych, drożdżowych, yerba mate; podejrzewam beczkę po jasnym sherry.

Finisz: bardzo długi, podobnie niecodzienny, choć właściwie jest to echo ze smaku. Mamy więc tu ponownie akcenty acetonowe, taniczne, chili, limonki.

Wnioski: kawał dobrego, narowistego Ben Nevisa w całej swojej charakterności. Mimo że ta whisky oscyluje wokół tych samych kilku składowych, to smaku jest dużo, warstwy – mimo że siermiężne – są, ciekawy finisz – jest. Swoje dwie butelki kupiłem za śmieszne 20€ za sztukę, a stało ich w sklepie jeszcze z pięć. Może trzeba było zgodnie z naszym narodowym stereotypem pokombinować i spróbować coś przeszmuglować pod nosem Szwajcarów 😉

Ocena: 5/10

Aleksander Tiepłow

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *