Jakiś czas temu było o miasteczku Livigno. Dziś chciałbym przybliżyć tajemniczą whisky zakupioną tam właśnie, będącą przedstawicielem grupy butelek określanych czasem jako „stare Włochy”. Czy może być to jedna z najlepszych whisky kiedykolwiek zrobionych?

Cóż, nie jest tajemnicą że wśród entuzjastów whisky, single malty z lat 50, a zwłaszcza 60, a wypuszczane w latach 80 (względnie wczesnych 90) na rynek włoski, lub butelkowane przez włoskich dystrybutorów uchodzą za jedne z najlepszych whisky kiedykolwiek zrobionych. Idealnie zbalansowane, cudownie gładkie, absolutnie perfekcyjne, rzeczy zbliżające nas do organoleptycznego katharsis. Malty pochodzące z różnych destylarni, butelkowane pod markami takimi jak Samaroli, Sestante, Intertrade, Moon Import, Turatello, osiągają dziś zawrotne ceny na aukcjach. O ich jakości krążą legendy – mimo że w przeważającej większości te whisky mają 40-43% mocy, a wiele z nich było filtrowanych. Topowe wydania ze starych Włoch (głównie najbardziej cenione Samaroli – Bowmore 1966, czy niepozorna Springbank 12yo) przebijają już obecnie barierę 10 tysięcy € za butelkę. Znakomita większość przekracza 1 tys. €. Niewielu w Polsce miało okazję ich próbować, a jeszcze mniej będzie miało takową w przyszłości. Pogodziłem się z faktem, że wielu z tych whisky już raczej nie posmakuję. Jednakże, aby nie być blogerem powtarzającym zasłyszane opinie uznanych autorytetów, czuję się w obowiązku sprawdzić na własnej skórze (języku) jakość przynajmniej kilku – konkretnie to w najbliższym czasie czterech – wypustów z czasów minionych na rynek włoski. I dopiero później wygłosić opinię. Ale tak w ogóle to ja miałem o whisky Cantoni Bernardo. Tak więc…

Dzisiaj zagadkowa whisky spotkana przypadkiem w Italii, prywatny bottling dla jednego ze sklepów z alkoholem w kurorcie górskim Livigno. Niestety nawet obecni właściciele sklepu nie wiedzieli co znajduje się w środku. Wiadomo jedynie, że destylacja miała miejsce pod koniec lat 50, zabutelkowano ją na początku 80 (na co też wskazuje wzór banderoli), oraz że jest to single cask z beczki po sherry. Pewien stary Włoch, z którym miałem okazję dyskutować (i który całkiem sporo w życiu wypił) podejrzewa, że we wnętrzu tej butelki najprawdopodobniej spoczywa Macallan, bądź Glenfarclas. Nie miałem przyjemności pić żadnego Macallana z lat 50 (Glenfarclasów kilka jedynie z lat 60), więc nie jestem w stanie zweryfikować tej tezy. Ale oczywiście to takie wróżenie z fusów. Może być tam cokolwiek. Może jest to Tomatin, albo Benrinnes, Glen Moray, czy Linkwood? A może coś z od dawien dawna zamkniętych? Glen Mhor, Millburn, albo Glenugie? Niestety, nikt nic nie wie, także z jakiej destylarni pochodzi ta whisky zapewne się już nie dowiemy.

Przy okazji ta butelka to dowód, że warto zaglądać do rodzinnie prowadzonych sklepów z alkoholem w małych miasteczkach – może się zdarzyć, że znajdziecie jakąś zapomnianą butelkę za śmieszne z dzisiejszej perspektywy pieniądze. Szansa na to niewielka, ale jak widać w żadnym wypadku nie jest to niemożliwość.

Cantoni Bernardo, 25yo, 42%

WHISKYBASE
Nos: gładka sherry, susz owocowy, przejrzewające jagody, stara klepka, ślady lakierów, delikatna rdzawa metaliczność, bez, pigwa. Zapach jest wielowymiarowy, jednocześnie koherentny i po prostu bardzo przyjemny. Czuć, że ma to aspiracje być whisky wielką.
Smak: mocna herbata, sporo dębowej goryczy, winność, polerowane parkiety, nalewkowe klimaty, soczyste leśne owoce, kremowa waniliowość. Całość odrobinę zwietrzała i trochę jednak brakuje mocy. Mimo wyczuwalnego rozwodnienia, wciąż wspaniale naładowana smakiem i tłusta.
Finisz: łagodny, delikatnie pieprzny; porzeczki i jeżyny, budyń śmietankowy, naleśniki z jeżynowym dżemem.
Wnioski: stara włoska szkoła pokazała na co ją stać – przy tak niskiej mocy mało jest maltów tak bogatych w niuanse i intensywność. Jednak nie ma co ukrywać, że do wybitności trochę brakuje. Nie zostaliśmy wyrwani z kapci, ani powaleni na podłogę. Jest to po prostu bardzo dobra, stara whisky.

Ocena: Radek – 7/10; Aleksander – 6,5/10

 

Reszta sampli ze „Starych Włoch” w następnym wpisie.

 

Aleksander Tiepłow

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *