O tym, że Ballantine’s wprowadza na rynek swoje pierwsze single malty było słychać już od jakiegoś czasu. Jak na koncern przystało, Pernod Ricard z rozmachem wkracza na rynek, organizując wiele tematycznych spotkań i degustacji ze swoimi nowymi produktami.

Kilku znajomych blogerów widziałem że miało już okazje być na takich spotkaniach. Również i my, jako Zinnejbeczki zostaliśmy zaproszeni. Mimo że, w porównaniu do innych blogów, jesteśmy raczej surowi, to staramy się działać bez uprzedzeń, także nowym whisky od Ballantine’s chętnie damy szansę.

„Nasze” spotkanie odbyło się w studio Skandal, a więc, jak się zdaje, miejscu, którego głównym celem jest zapewnianie możliwości organizacji różnych tematycznych eventów. Wnętrze dość przytulne i kameralne, a koncepcja imprezy luźna – najpierw godzinka luzu: drinki z Ballantinesem 12, możliwość spróbowania się w gry VR, fotobudka. Ogólnie atmosfera nieco przypominała mi ubiegłoroczny Ardbeg Day (choć oczywiście to nie ten sam kaliber). Następnie zostaliśmy wraz ze wszystkimi gośćmi zaproszeni na dół, gdzie przez około 15 minut premierowe whisky prezentował globalny ambasador marki Ballantine’s, Ken Lindsey. O ile nie obyło się bez pewnej dawki markeringowego bełkotu (nasza whisky jest naj…, naj…, naj… 😉 ) to trzeba przyznać że Ken mówił ciekawie i bardzo na luzie. Gdy skończył opowiadać o historii i danych marketingowych (wiedzieliście, że Polska jest 3 rynkiem na świecie dla Ballantinesa?), przyszła pora na whisky. Ale o nich za chwilę. Miłym i niespodziewanym akcentem były podarunki na koniec, gdzie każdy uczestnik otrzymał po pełnowymiarowej butelce obydwu whisky. Nie piszę tego żeby się chwalić, ale po prostu za chwilę obydwie mi się przydadzą. 😉

Obydwie whisky mieliśmy już okazję próbować przy okazji Whisky Live Warsaw. Zgodnie wówczas skonstatowaliśmy, że Glenburgie to całkiem dobra podstawka, a Miltonduff jest średni. (odpowiednio 3 i 2,5 pkt). Podobne wnioski wyciągnąłem na oficjalnej premierze.

Jednak aby uciąć wszelkie wątpliwości – zarówno moje jak i mam nadzieje wasze – jeszcze dodatkowo zrobię jedno podejście do tych whisky. W domowym zaciszu porównam obydwie balantajki  z dwiema konkurencyjnymi podstawkami. Choćby dlatego że sporo ludzi uważa te nowe malty za absolutną padlinę. Nie chcę tu wychodzić na obrońcę Pernod Ricard, czy na skorumpowanego gratisowymi butelkami blogera, ale zarówno na WLW, jak i na premierze, nie były te whisky jakieś mega odpychające; raczej prezentowały przyzwoity poziom w swoim przedziale podstawek do 150zł. Do dwóch Ballantinesów dołączę Glenmorangie Original, jako niestety kiepską whisky (taka na 1,5 pkt), oraz starą wersję Glenfiddich 15, powszechnie uważaną za podstawkę niezłą. O Glenmorangie można przeczytać tutaj, więc kolejnej notki nie ma sensu robić. Glenfiddich tymczasem okazał się whisky dość bogatą, nawet dojrzałą, z jakąś szczątkową warstwowością i jednocześnie lekką zadziornością. Dokładniejsza notka przy okazji old vs new z tej whisky (nie wiem jak z obecną formą tego malta – podobno jest gorzej. Moja butelka pochodzi z roku 2010). 4 punkty, nieco naciągając, można dać. Pozostaje więc rozsądzić gdzie między tymi dwoma maltami uplasują się nowości od Ballantine’s. Nie przedłużając:

Ballantine’s Glenburgie 15yo, 40%

WHISKYBASE

Zapach: gładki, burbonowy. Profil kwiatowo-owocowy, z pudrowymi cukierkami i mocno posłodzoną herbatą. Na trzecim planie jakieś pieprze charakterystyczne dla tej destylarni, delikatne motywy zupno-rosołowe, oraz odrobinka alkoholu.  Aromat plasuje tę whisky zdecydowanie bliżej Glenfiddicha, choć w nim głębia i bogactwo jest jednak nieco większa.

Smak: zaskakująco nieźle zbudowany. Nieco tłusty, zbożowo-woskowy, trawiasty, kluje się jakaś minimalna warstwowość. Zaczyna się fajnie, grubo, ale zaraz później się ucina i zaczyna brakować mocy i złożoności. Pieprz, herbata, pojawiają się delikatne niuanse alkoholowe i trochę zmęczonej beczki.

Finisz: drewniana goryczka, syrop klonowy, woski, chili, niestety znowu trochę alkoholu. Niespodziewanie długi.

Wnioski: miłe zaskoczenie, to jest niezłe. Fajnie zbudowana, choć brakuje skomplikowania. Nie jest to żaden aj waj, ale pamiętając że mówimy tu o podstawce za 150zł, to może być nawet niezły wybór.

Ocena: 3/10

 

Ballantine’s Miltonduff 15yo, 40%

WHISKYBASE

 

Zapach: oj nie, tu jest gorzej.  Też trochę jakichś kwiatków, ponadto trochę jakiegoś ciasta drożdżowego, gotowanych jabłek, rodzynek, biszkoptów, fistaszków, motywów cienkich rumów w stylu hiszpańskim. Generalnie mało się dzieje, choć też nic nie przeszkadza. Taki akurat dla wielbicieli blendów: bardzo lekki, mało skomplikowany, ale bez wad.

Smak: pierwsze skrzypce grają tu nuty orzechowe i przejrzewających jabłek. Pestki, niedojrzałe banany, syrop cukrowy, przypieczona pajda chleba, melanoidyny. Później niestety wchodzi wyczuwalny alkohol i niezbyt przyjemna, patykowa gorycz. Wyssane beki, posmaki żołądkowe. Da się wypić, choć jednak Glenburgie była lepsza.

Finisz: toffi, czekoladki z wódką, mieszanka studencka, batoniki zbożowe, znowu te motywy żołądkowe. Nawet długi, choć o dość prymitywnym profilu.

Wnioski: nie jest to whisky zła, choć przegrywająca ze swym bratem. Właściwie mogę tu powtórzyć swoje twierdzenie sprzed kilku wersów – ta whisky jest jakby zrobiona bardziej pod okazjonalnego konsumenta blendów, a nie pod konesera szukającego nowych wrażeń w whisky.

Ocena: 2,5/10

 

Wnioski

Obydwie whisky od Ballantine’s uplasowały się pomiędzy wyznaczonymi konkurentami. Jak więc widać, chyba słusznie dobrałem rywali (ponownie uczulam, że Glenfiddich 15 którego piłem w tym teście to wersja sprzed 7 lat, a nie obecna). W dodatku nasze wnioski z WLW też były słuszne. Co więc sądzę o tych whisky? Miltonduff jest niestety kiepski i nie ma co tego ukrywać – nie polecamy tej whisky. Jest to malt bezjajeczny i krótko mówiąc nudny. Inna sprawa ma się z Glenburgie – mimo jedynie 0,5pkt różnicy na papierze. Jest to whisky o wiele ciekawsza, zadziorna, coś się w niej dzieje, choć może nie zawsze dobrze. W zapachu różnice są jeszcze w miarę kosmetyczne, ale to w smaku jest największa rozbieżność między obydwoma wersjami. W każdym razie, za cenę 150 peelenów, Glenburgie bym polecił początkującym fanom whisky, tak po prostu, do picia. Czekamy też na możliwość spróbowania trzeciej destylarni z tej linii, a więc Glentauchers 🙂

Aleksander Tiepłow

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *