9 czerwca 2018 odbył się III Whisky & Food Festival w Mikołowie. Jest to jedna z ostatnich polskich imprez poświęconych whisky, na których nie mieliśmy jeszcze przyjemności gościć, więc trzeba zdać szczegółową relację.

Zaproszeni przez organizatora (którym jest Szymon Załęcki, znany także jako Simon Says Whisky) zostaliśmy już kilka miesięcy temu i już wtedy podjęta została decyzja, że przynajmniej jeden z nas musi pojechać i zobaczyć co w trawie piszczy. Ze względu na różne okoliczności, padło na mnie 😉

Jadąc do konurbacji górnośląskiej miałem właściwie tylko jedną poważną wątpliwość co do tej imprezy. Skandalicznie mało czasu! Taka tłusta lista wystawców jaką zapowiedziano w internecie i tylko jeden dzień? Tylko 7 godzin? Obawiałem się (jak się miało okazać niesłusznie), że do części stoisk nie zdążę podejść choćby na chwilę.

Mikołów…

… w którym nigdy wcześniej nie byłem okazał się miejscowością z malutką, malowniczą starówką, którą można przejść w 3 minuty. Dość przestronny, choć bez jakiejś spektakularnej zabudowy rynek ciekawie kontrastował z urokliwymi kamieniczkami stojącymi na sąsiednich ulicach. Ponadto akurat tego dnia wypadało jakieś lokalne święto, bo wszędzie na rynku i w okolicach odbywały się przeróżne koncerty, występy, pokazy; zorganizowano atrakcje dla dzieci, postawiono kramy z utensyliami wszelakimi, budki z lodami, oraz przenośne ogródki piwne. Wobec powyższego, Mikołów zapadnie mi w pamięć jako miasteczko mocno tętniące życiem.

Po krótkim zwiedzaniu i obowiązkowym posileniu się, czas wyruszyć w stronę karczmy Stodoła, gdzie miał odbyć się festiwal. Po drodze można jeszcze skorzystać z okazji i zwiedzić bazylikę św. Wojciecha. Gdy w końcu dotarłem do karczmy Stodoła to, jakby to ująć… oczekiwałem czegoś nieco bardziej okazałego. Krótko mówiąc – zastanawiałem się gdzie te wszystkie stoiska się pomieszczą. Budynek wydaje się być niewielkich gabarytów, a jak już wcześniej wspominałem, stoisk miało być naprawdę sporo.

Druga wątpliwość pojawiła się już na miejscu w karczmie; czy mianowicie organizowanie festiwalu whisky w czerwcu to na pewno taki dobry pomysł? 30 stopni skwaru, plus nieklimatyzowana karczma zapewniły wszystkim uczestnikom darmową saunę przez pierwsze dwie godziny trwania imprezy. Potem przyszła burza i było już przyjemnie. O tyle dobrze, że w ramach biletu każdy z gości otrzymywał butelkę zimnej wody. Z drugiej strony, wydaje mi się że sporo okolicznych ludzi przyszło po prostu miło spędzić czas: napić się piwa, zjeść karkówkę z grilla, zapalić cygaro i przy okazji bez żadnej spiny spróbować jakiejś lepszej whisky. W ich przypadku letnia aura zapewne była wręcz atutem.

…Whisky…

Skwar skwarem, ale jak zawsze najważniejsza jest whisky 😉 A tej, mimo niewielkich rozmiarów miejscówki, mało nie było.

Od razu na wejściu Artur ze swoją Lożą Dżentelmenów, a także prapremiera Starki 40yo. U LD te najbardziej prestiżowe wydania poznane już wcześniej, także czas zapoznać się z eksperymentami. Udało się załapać na ostatnią butelkę młodziutkiego Macduffa (3,5/10), a także new make z najmłodszej (chyba) destylarni w Szkocji, Clydeside, otwartej w listopadzie 2017. Ponadto, tematem rozmowy były nadchodzące wydania. Mogę zdradzić, że najbliższe z nich, Tobermory 1995, nie będzie jedyną nowniką od Loży w tym roku.

Starka zaprezentowała przedpremierowo zupełnie nowe wydanie. 40 letni destylat, rocznik 1978, polewany w prawdziwie dumpingowej cenie 10 złotych polskich za kieliszek. Na dniach ma się pojawić około 2000 butelek (jeśli dobrze pamiętam), w cenie ~3 tys. zł za sztukę. Spróbowałem na miejscu, ale o tym produkcie pojawi się też niebawem osobny artykuł.

Zaraz obok, Pernod Ricard z dość podstawowym portfolio. Pewną ciekawostką były tutaj rzadko jeszcze spotykane u nas Chivasy Mizunara, oraz Extra (podobno z większym udziałem beczek po sherry). Mizunara w swoim segmencie całkiem ciekawy i nawet dość pełny, Extra niestety słaby, sherry nie wyczułem, albo raczej przypomniały mi się paźdiochowe 2 letnie oloroso próbowane podczas wizyty w Jerez. Także Mizunara to zapewne 2,5-3pkt, Extra o punkt mniej (1,5-2)

AN.KA Wines, czyli Janek z Johnnies Whiskies prezentujący whisky z Benromach i Gordon&MacPhail. Podoba mi się, że bogate portfolio obydwu tych podmiotów pozwala na prezentowanie przynajmniej kilku nowych wersji na każdym kolejnym festiwalu. I że jak zawsze mają tu dobre ceny. I tak, w Mikołowie nowościami były chociażby:

  • Strathisla 2006 – niestety młoda, zielona, bimbrowata, 2,5pkt.
  • Glen Grant 2008 – o wiele lepszy, aż powiało reminiscencją starych GG, taką zwiewną elegancją, choć finisz nieco kuleje no i jednak czuć, że młode; 4/10
  • Benromachy Chateau Cissac i Triple Distilled w 50% – jak to Benromachy, trzymają solidny mimo młodego wieku poziom i mimo usilnych starań, po prostu nie ma się do czego przyczepić. Okolice 4 punktów.

Nowością na tym stoisku były rumy El Dorado, a także Dillon z rumów agricole  (jeden z nich będzie w naszej najbliższej degustacji rumów). Pojawiły się jeszcze nieznane mi europejskie whisky z jakiejś krzaczanej destylarni, ale nie były dobre.

Dalej rozstawił się Whisky Team. W końcu udało się chłopaków spotkać i poznać oferowane przez nich whisky. Działają oni na podobnej zasadzie co BestWhiskyMarket, a więc nie jakaś konkretna destylarnia, czy dystrybutor, a dużo unikatowych, ciekawych butelek. Lwia część to single caski. Sami chwalą się tym, że wszystkie whisky sprzedają w takiej cenie w jakiej je kupili, co ma zapewniać niskie ceny. I rzeczywiście, choćby taki Glendronach 1975 po 50zł za 25ml; chyba więcej nie trzeba dodawać? A był on (ten Glendronach) przepięknie marmoladowy w zapachu. Dalej jakieś skóry, motywy orzechowe i zielone. W smaku wytrawna bomba z nutami orzechów, ziemi, nerkowca. Finisz to już sporo goryczy i motywy jakby po prostu piło się jakieś wyśmienite amontillado, albo oloroso. Szkoda, że rozcieńczone, ale i tak 7/10. Ciekawym była jeszcze Tullibardine od Drambusters – mocno malinowa sherrówka z równie mocnym motywem tartacznym na finiszu (5/10). 8 letnia Lagavulin bardzo intensywna w smaku; mięsista, torfowa. Trzeba to lubić. Ja lubię. 4,5/10. Wartymi wyróżnienia były jeszcze 3 około dziesięcioletnie whisky z destylarni Springbank. Springbank jak to Springbank, trzyma stały, wysoki poziom. Dokładniejszych notek nie robiłem, ale wszystkie te whisky w okolicach 5 pkt. Butelek było oczywiście dużo, dużo więcej, ale to już następnym razem.

Na kolejnym stoisku najciekawszą butelką była kolejna nowa, limitowana wersja Bunnahabhain. Do Polski trafiło jej jedynie kilka butelek, podobnie jak poprzedniej, leżakowanej w beczkach po pedro ximenez (próbowaliśmy ją na ostatnim Whisky & Friends w Warszawie). Wersja najnowsza, mimo że smaczna, nie dorównała tej poprzedniej.

U Pinota szeroka oferta Old Pulteney, An Cnoc, oraz Balblair. Dużo edycji rocznikowych, mało wszelakich „NAS Castrol ACE Finish”. Wisienką na torcie możliwość spróbowania sampli prawie 20 letnich Balblairów pobranych wprost z beczek. Jeden po burbonie, drugi po sherry. Obydwa bardzo dobre, o intensywnym wpływie charakterystycznych dla swoich beczek nut. Może z minimalnym wskazaniem na beczkę po burbonie, obydwie to tak 5,5/10.

Niewielkie stoisko wystawiło także Stilnovisti, które zaprezentowało 5 swoich butelek. Do spróbowania młode: Mortlach, Ledaig, oraz Aultmore, 21 letni Macallan, oraz bardzo stara, 52 letnia Carsebridge. Mortlacha znałem już wcześniej, Ledaig jednak ciut młody, najciekawszy z tej trójki okazał sie Aultmore. Jak na 8 lat to kurde jest naprawdę dobre. Jest bardzo intensywnie, miejscami może nieco ordynarnie, ale jest dużo beczki, klują się jakieś warstwy. Jakby poleżało drugie tyle, to byłoby naprawdę dobrze. Ale i tak ze 4 punkty się należą. Była też butelka 21 letniego Burnside (Balvenie); to ta z Wałęsą, ale jedynie na sprzedaż w całości.

Obok dwa bardzo ciekawe stoiska. Bestwhiskymarket i Scotland Yard. BWM znamy bardzo dobrze z bardzo wielu imprez, więc skupmy się na debiutancie. Jest to lokalne przedsięwzięcie, bo Markus swój Scotland Yard otworzył w Katowicach. Na festiwalach, modus operandi mniej więcej taki jak BWM, czy Whisky Team – dużo limitowanych, unikalnych wydań w konkurencyjnych cenach. Jako jedyny, SY oferował także możliwość zakupu pełnych butelek niektórych wydań. Oferta na kieliszki w dużej mierze pokrywała się z co ciekawszymi butelkami samplowanymi w przeszłości na forum Smak Whisky (w końcu tam swojego czasu bardzo aktywnie samplował właściciel). Między innymi do spróbowania była robiąca niegdyś furorę ta młoda Bunnahabhain, czy robiący furorę niedawno ten oto rum. Z pełnych butelek można było nabyć wyśmienitą Springbank 16 Local Barley, czy legendarnego w pewnych kręgach Benrinnesa od The Bottlers. Do tego, Markus dołożył drugie tyle własnych ulubionych butelek, więc nic tylko przebierać, wybierać. Na miejscu spróbowałem Ardmore, który mimo młodziutkiego wieku objawił fajne nuty orzechowe, nerkowca, mleczka kokosowego. W porywach może nawet 5/10. Do tego kilka rzeczy przydatnych do przyszłych przeglądów na blogu do wzięcia na wynos i można ruszać dalej.

A dalej dochodzimy do Diageo. Tu tradycyjnie – Cardhu 12 w cenie biletu, reprezentanci serii Classic Malts za 5zł, do tego kilka Distillers’ Edition, tych lepszych Johnnie Walkerów, a na górnej półce kilka Special Releasów. Trzeci Whisky & Food zaszczyciły najnowsze Lagavulin 12 i Talisker 25, zeszłoroczna Port Ellen, Blair Athol 23 i NASowy Clynelish. Były też któraś Brora i Convalmore, ale zamknięte. Spróbowałem nowych Talisker i Lagavulin. Laga 12, jak to Laga 12 – jak co roku intensywna, torfowa, dość złożona. Przyjemna, ale trzeba to lubić. 4,5/10 Talisker 25 jakiś w tym roku miałki się wydał, ale chyba muszę spróbować jeszcze raz, także jeśli pojadę do Jastrzębiej Góry, to wtedy napiszę co o nim myślę (5/10?). Clynelish za to zaskakująco dobrze, mimo że druga wersja nasowego Cly mnie nie porwała. Mikołowskie podejście spokojnie na 6 punktów, ze wszystkimi fajnymi akcentami tej destylarni – miodowością, morskością, kremowością. Super balans.

I zataczając kółko, dochodzimy z powrotem do wyjścia, gdzie rozstawił się Dictador w swojej charakterystycznej aranżacji. Poza klasycznymi 12 i 20yo do spróbowania za kupony jedna z wersji XO, a także single cask z 1977. O Dictadorze na pewno dużo więcej będzie za tydzień, po Rum Love we Wrocławiu.

Festiwal jednak nie kończył się jedynie we wnętrzu „Stodoły”. Były dwa wyjścia na zewnętrzny teren, gdzie każde oferowało inne atrakcje. Przy głównym wyjściu rozlokowano sklepik, a dalej na dworze stało znane z Jastrzębiej Góry stoisko burbonu Bulleit z ponczem i popcornem, a także Burbony Jim Beam, oraz Maker’s Mark. Było także stanowisko z winami, oraz z piwem domowym (!). Morelowe ale z brettami (z pewnością świetne na ochłodę) w cenie 3zł za 0,25l odsuwałem sobie na koniec imprezy i w końcu nie zdążyłem. Żałuję.

Na drugiej części podwórka, rozlokowano strefę grillową, stoisko z cygarami (na szczęście ludzie nie łazili z nimi po całym terenie; nie wiem czy odgórny zakaz, czy wyrobili już w sobie na tyle rozumu i godności człowieka), oraz dwa stoiska z piwami, obydwa lokalne. Browar obywatelski z Tychów ze swoimi Tichauer Lager i Dark dla zwolenników bardziej tradycyjnych smaków i gliwicki Dobry Zbeer z piwami nowofalowymi, oraz butelkami piw barrel aged. Ze względu na aurę, piwa cieszyły się bardzo dużym wzięciem.

Nie zapomniano także o dodatkowych degustacjach tematycznych, masterclassach. Było ich kilka, w tym Whisky Team z serią Flora & Fauna, Loża Dżentelmenów, chyba Balblair i na pewno Wolf Distillery. Uczestniczyłem w tym ostatnim, gdzie polewane były wina z różnych owoców, destylaty na ich bazie, a także najstarsza jak do tej pory whisky Wolfa, bo 4 letnia. O tej whisky pewnie jeszcze kiedyś coś napiszemy.

 

… and Food…

A co z tym „food” w nazwie festiwalu? Było. Do wyboru, do koloru. W karczmie coś na kształt „swojskiego stolika”: bigos, żurek, kilka rodzajów kiełbas, kiszone rzodkiewki, ogórki małosolne, chleb ze smalcem, musztarda etc. Wszystko w cenie biletu w ilościach dowolnych. Na zewnątrz grill z równie szerokim asortymentem: kiełbasy, karkówki, kurczaki… tylko pieczonych ziemniaczków mi zabrakło. Tu już odpłatnie, ale ceny rozsądne. Na wejściu zgodnie z zapowiedzią hiszpańskie specjały: kilka rodzajów pleśniowych serów, łagodne chorizo, oraz suszona wołowina. Można kupić na wynos, a na miejscu skosztować próbkę. Ogólnie do jedzenia właściwie tylko jedna uwaga. Za rok warto by pomyśleć nad jakąkolwiek alternatywą bezmięsną. Mimo że jako zadeklarowany mięsożerca byłem wniebowzięty, to będąc jaroszem byłbym skazany na żucie samego chleba jak jakiś koń.

… Festival!

Wbrew moim wcześniejszym obawom, 7 godzin okazało się wystarczające, żeby do każdego podejść, wypić coś ciekawego, porozmawiać, a jeszcze wystarczyło czasu na spokojne jedzenie, masterclass i zwykły, letni odpoczynek przy piwie. Festiwal, pomijając ten początkowy skwar, był w mojej opinii udany. Duży wybór whisky dla początkujących, a ci zaawansowani zamiast zwyczajowo jednego stoiska z rarytasami, mieli do wyboru aż trzy. Do tego wiele oficjalnych stoisk różnych marek, gdzie prawie każde przywiozło coś ciekawszego. Ciekawym pomysłem jest to połączenie whisky z jedzeniem, choć nie rzuciło mi się w oczy, by ktoś uprawiał tam jakiś sensowny foodpairing. Podsumowując, impreza była lekka, letnia i bez nadęcia. I chyba taka miała właśnie w założeniu organizatora być.

Aleksander Tiepłow

2 thoughts on “III Whisky & Food Festival w Mikołowie – relacja

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *