Dzisiaj prawdziwie intrygująca whisky. Przy czym bynajmniej nie chodzi o to, że jest to Islay z lat 60, choć to już samo w sobie kwalifikowałoby tę whisky do niniejszej kategorii.

Dzisiaj napijemy się blended malta Islay Trilogy 1969 od niezależnego dystrybutora Murray McDavid. Ta whisky wydana została w ilości 1200 butelek w 2005 roku, a składają się na nią trzy beczki:

– Bruichladdich z 1966 z beczki po burbonie

– Bunnahabhain z 1968 z beczki po sherry z pierwszego napełnienia

– Bowmore z 1969 z beczki po burbonie

Kto jest obeznany ze średnimi ocenami destylatów z Bunnahabhain z 1968 z beczek po sherry, czy Bowmore z lat 60, złapawszy się za głowę może spytać: co za idiota mieszał takie whisky z czymkolwiek?!? Na pewien trop naprowadza nas jednak moc Trylogii: 40,3%. Tym co lepiej ogarniającym proces dojrzewania whisky powinna się już zapalić lampka co tu zaszło. Mianowicie w dwóch beczkach (właśnie Bowmore i Bunnahabhain) woltaż spadł poniżej wymaganego prawem minimum 40% i właściciele whisky postanowili ożywić te dwie beczki dodatkiem trzeciej, równie starej Bruichladdich, w której moc była wystarczająca by całość dźwignąć tuż powyżej minimalnych czterdziestu procent. Takie dwie pieczenie na jednym ogniu – całość whisky można było sprzedać jako whisky, a jednocześnie zachowano ekskluzywność wiekowego trunku. O podobnym, choć nieco innym przypadku opowiadał mi dzisiejszy ambasador MMD w Polsce, Rajmund Matuszkiewicz, tylko że to były zdaje się stare, ponad 30 letnie Ardbeg, które zabutelkowano z dodatkiem młodziutkiej, wysokowoltażowej Caol Ila. I był to chyba Cadenhead’s…

Ale wracając do Trylogii… Na tę whisky trafiłem w jednym z whisky pubów w czeskiej Pradze. Przeglądając od niechcenia obszerne menu z umiarkowanie atrakcyjnymi cenami podstawek, ten blended malt dość szybko rzucił mi się w oczy. Podobnie zwróciła uwagę cena, jakieś z tego co pamiętam 60zł za 20ml. Zapytałem czy to tak na serio, a po odpowiedzi potwierdzającej, wziąłem próbkę na wynos. Okazało się, że dobrze jest jednak przy sobie zawsze mieć buteleczkę na różne takie niespodziewane okazje 😉

Zastanawialiśmy się też nad jedną rzeczą: na tej whisky napisane jest wyraźnie „1969”, podczas gdy w jej skład wchodzą także roczniki 1968 i 1966. O ile nie mam problemu z podaniem wieku – 36yo, a więc najmłodszego komponentu, to nie jestem pewien na ile „czystym” zagraniem jest podanie tylko jednego rocznika na etykiecie (nawet tego najmłodszego). Przecież w teorii, może to wprowadzić w błąd. Jeśli się zjawi tu ktoś bardziej biegły w tej tematyce, chętnie się douczymy.

Islay Trilogy 1969, Murray McDavid

36yo, 40,3%, Whiskybase

Nos: jest delikatnie, grzecznie. Torf bardzo subtelny, w typie bowmorowym. Miesza się to z równie ulotnymi akcentami owocowymi – trochę truskawy, malinowe galaretki w czekoladzie i soczyste, słodkie wiśnie, a trochę mango, liczi, albo podobny tropik. Do tego trochę starych książek, zakurzonych regałów, terpentyny i podobnej whiskowej patyny. Całość jednak tak ulotna, że naprawdę trzeba się solidnie wwąchiwać. Z czasem do głosu dochodzi solanka, groty solne, ozon, słowem – mineralność.

Smak: jednak wodnistość jest bardzo wyraźna. Delikatny torfik, perfumowana, aksamitna faktura, pojawia się po chwili sporo owoców, dojrzałych białych gron, liczi, limonkowej skórki. Do tego delikatne toffi, zadziorne szczypanie pieprzu, nawet jakieś suszone banany. Subtelne drewno. Całość odrobinę zwietrzała.

Finisz: z początku jakieś nieśmiałe akcenty owocowe, zgaszonego ogniska, morskiej bryzy. Taki poranny wiaterek na plaży w chłodny poranek. Bardzo długo. Po jakże zwiewnym aromacie i smaku, spodziewałem się równie niepozornego finiszu, a tu wcale nie zamierza się on skończyć. Teraz pojawiają się wyraźne marmolady z czarnej porzeczki. Albo jeżyny. Pod koniec jeszcze piękne sherrowe akcenty czerwonych owoców, dojrzałych wiśni, pomarańczy, marakui. Do tego jakieś czarne pieprze. Naprawdę, finisz prima sort.

Wnioski: po pierwszym zawodzie, whisky oczarowuje. Zachęca do obcowania ze sobą naprawdę przez jak najdłuższy czas. Rozwija się i ewoluuje z każdym łykiem. Wymaga dużo cierpliwości, aby dać się jej otworzyć i ukazać wszystko to, co najlepsze. Naprawdę chciałoby się dać tu ocenę o co najmniej punkt wyższą, ale jednak wodnistość to jest tu to, co sprawia, że pewnego pułapu niestety ta whisky nie przeskoczy.

Ocena: 6/10

Aleksander Tiepłow

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *