W internecie jak po każdym festiwalu rozpoczyna się okres wzajemnych podziękowań, pochwał i niezmiennie pozytywnych relacji. Wszystko było ok, wszystko się podobało. Żeby więc nie było tak różowo, my także musimy wtrącić swoje wredne trzy grosze.

Klasycznej relacji nie będzie, bo kto był ten wie, a kto nie był to i tak zapewne go to nie obchodzi. Będzie za to garść przemyśleń, wady i zalety tej imprezy i tej konkretnej edycji. Cechy imprezy pogrupowałem w cztery kategorie. Zaczynając z grubej rury, a więc od błędów karygodnych, przez rzeczy które mi osobiście przeszkadzały, ale które przeżyję, aż zakończymy przyjemnie, na plusach 😉

Do obowiązkowej poprawy

„Ta durna książeczka z kuponami

…jak ją ktoś pięknie określił. Czyli zeszycik z talonami na whisky w cenie biletu. Każdej whisky z tej puli „darmowej” można było w teorii spróbować tylko raz, a potem należało ją zakupić, jeśli miało się ochotę powtórzyć degustację. Z drugiej strony takich kuponów było prawie 100, więc niby każdy coś tam dla siebie mógł znaleźć… ale wracając do meritum. Trwają nieudolne próby usprawiedliwienia tego rozwiązania „że można było więcej spróbować”. Nie. To rozwiązanie było wybitnie głupie, męczące w użytkowaniu, oraz upokarzające dla uczestników. A w dodatku wprowadzone w życie bez przemyślenia. Kolejne pozycje były ustawione w porządku alfabetycznym, zamiast numerami stoisk, przez co ktoś kto w świecie whisky nie jest zorientowany, miał pełne prawo nie wiedzieć co gdzie dostanie (zwłaszcza jeśli na stoisku było kilka marek), nierzadko próbując wymusić wynajdywanie odpowiedniego kartonika na wystawcy. Mało tego, o ile w książeczce każde stoisko miało przypisany do siebie numer, na żywo próżno było się ich gdziekolwiek dopatrzeć. A przecież to oczywista oczywistość, że jeśli już upieramy się przy tym rozwiązaniu, powinno to wyglądać inaczej: „Glendronacha 12 można dostać na stoisku numer 35… O! Tam, po drugiej stronie namiotu widzę wielką trzydiestkę piątkę, chodźmy tam!”.

To rozwiązanie niby miało umożliwić spróbowanie większej ilości rzeczy, a także zapobiec nadmiernemu upijaniu się gości. Gówno prawda. Kto chciał się upić i tak to zrobił; ludzie jakoś wynajdywali po kilka takich książeczek i od razu żądali potrójnej dawki do kieliszka. Ponadto, najciekawsze rzeczy z puli „w cenie biletu” kończyły się dość szybko, co postawiło też w niezręcznej sytuacji wystawców. Bo postawmy się w sytuacji kogoś, kto na imprezę wchodzi dopiero w sobotę popołudniu. Dostaje piękną książeczkę pełną kuponów na whisky, już myśli czego by tu spróbować, a tu się okazuje, że połowy rzeczy (tych najciekawszych), które w sumie mieli zagwarantowane kupując bilet, już dawno nie ma. Tacy ludzie mieli pełne prawo poczuć się oszukani.

No i dostrzegam tu mały zgrzyt – przecież po to bilety były w tym roku droższe, by odsiać przypadkowych ludzi chcących się za półdarmo nachlać. Po co więc to łaskawe wydzielanie whisky pozostałym gościom na książkę z kuponami?

Delikatna sugestia do czego nadają się obecne wersje Macallana? ;]

WODA!!!

…a raczej jej permanentny brak. Drugi i na szczęście ostatni tak karygodny błąd organizacyjny. Tu warszawski festiwal odsadza imprezę w Jastrzębiej Górze o lata świetlne (nie mówiąc już o czerwcowym festiwalu rumu we Wrocławiu, gdzie rozwiązanie dostępności wody było wręcz wzorcowe). Skoro już się wykosztowano i zadbano – bardzo słusznie – o profesjonalne urządzenia do płukania kieliszków, to po prostu nie rozumiem, dlaczego nie zadbano o poprawną dostępność wody. A była ona wydzielana uczestnikom przez wystawców w ilościach nader skromnych – zazwyczaj nieprzekraczających objętości zwykłego drama. I nie ma tu co przesadnie owych wystawców obwiniać – mieli oni na stoisku dwie, trzy butelki wody o objętości 330ml. Wody drogiej, w pięknych, szklanych butelkach należy dodać. A przecież zamiast wykosztowywać się na ekskluzywną wodę, można było – i należało – postawić obok płukaczek dystrybutory wody i problem byłby rozwiązany. Kilku wystawców widząc co się dzieje zorganizowało własną wodę i chwała im za to.

No i pamiętajmy że to jest końcówka sierpnia. Spokojnie mogło być – jak rok temu – ponad 30 stopni. Wówczas połączenie dużej ilości mocnego alkoholu i braku wody mogło być wręcz niebezpieczne.

Grzeszki pomniejsze

…czyli stoiska z cygarami. Kategorycznie należy ustawić czytelne, walące po oczach znaki, że do namiotu gdzie jest większość wystawców i gdzie siłą rzeczy większość ludzi degustuje whisky nie włazimy z odpalonym cygarem! Niby błahostka, wystarczy odejść 5 metrów dalej. Z drugiej strony, to właśnie przez takie błahostki impreza w Jastrzębiej Górze bywa czasem określana raczej jako festyn i popijawka niż poważny festiwal.

… smycz, która tradycyjnie była gówniana i nie trzymała kieliszka w pionie. Narzekamy na to na każdym festiwalu, więc nie chce mi się już tego wątku rozwijać po raz dziesiąty.

Ciepło-Zimno

Chcemy być świętsi od papieża

…a więc whisky, whisky i tylko whisky. Na festiwalu nie mogło wystawiać się nic innego. Z jednej strony to bardzo dobrze, uniknięto tych wszystkich bimbrowników, kolorowych wódek i innych szampanów, nie wnoszących nic do imprezy. Z drugiej, zamknięto drzwi licznym „malternatywom”, które w mojej opinii jak najbardziej by tu pasowały (choćby arcyciekawe single caskowe rumy od Duncana Taylora, czy Foursquare 2004 – zjadający na śniadanie dużą część tej całej modern whisky; nawet z tych „uznanych i szanowanych” typu obecne Abunadh). Doprawdy, podziwu godny puryzm. Jednak mamy tu kolejny zgrzyt – z jednej strony wymagamy by wystawiano tylko i wyłącznie whisky, a z drugiej na połowie stoisk głównym sposobem jej podawania były soury, krwawe mery i inne tego typu cudaki. Tego, że whisky zmieszana z czymkolwiek to już nie jest whisky chyba nie muszę nikomu tłumaczyć?

Klientela

…coś drgnęło. Podwyżka cen biletów chyba podziałała, bo ludzi było jakby mniej niż rok temu. Natomiast niestety wciąż bardzo duża część (w porównaniu z innymi imprezami poświęconymi whisky) przyszła ordynarnie zalać pałę. Na szczęście ochrona działała szybko i stanowczo i – przynajmniej do pewnego czasu (wieczorem mam wrażenie panowała większa tolerancja) – bezlitośnie usuwała nawalonych gości. Cieszy natomiast, że zjeżdża coraz więcej ludzi autentycznie whisky zafascynowanych. Myślę że jeszcze nie jest ich tak dużo, aby festiwal się zwrócił. Jako że na koniec i tak wszystko się musi zgadzać u księgowego, na plażowiczów w Jastrzębiej Górze pewnie będziemy skazani jeszcze długo.

To mi się podobało

Wybór whisky

…jednak. Wiem że niektórzy się nie zgodzą, ale uważam że jak na polskie warunki był całkiem dobry. Przez pełne dwa dni miałem co pić, nie wiewając w siebie byle czego; zdaje się tylko jedną whisky powtarzałem dwa razy. Nie oznacza to oczywiście, że u wszystkich wybór był zadowalający, lub nawet wystarczający. Skandalicznym było, gdy marki które faktycznie posiadają edycje starsze, ciekawe, w mocy beczki – wystawiły się jedynie z wersjami marketowymi. Zazwyczaj tam właśnie whisky mieszali z różnymi rzeczami, co też wiele mówi o ich stosunku do własnego produktu. Stoiska które miały odpowiednią ilość ciekawej whisky otrzymają stosowne laury poniżej 😉

Masterclassy

…także należy je pochwalić. Znalazło się zarówno kilka z ciekawszymi dramami (Glenfiddich, Old Pulteney), a przede wszystkim były one bardzo atrakcyjne cenowo (wartość zamkniętej butelki otrzymywanej po masterclassie zazwyczaj wynosiła tyle co koszt uczestnictwa.) Szczególnie masterclass Old Pulteney prowadzony przez Łukasza Dynowiaka był bardzo chwalony. Wiadomo, zawsze można chcieć więcej; osobiście zabrakło mi tej jednej pozycji dla bardziej zaawansowanych – z której sam bym chętnie skorzystał. Generalnie masterclassy były dobrze dobrane pod kątem poziomu uczestników, ciekawe i – jeszcze raz to należy podkreślić – atrakcyjne cenowo (czego nie można powiedzieć chyba o żadnym innym polskim festiwalu, a w czym niechlubny prym wiedzie warszawskie Whisky Live).

Rozsądne zarządzanie terenem

…albo po prostu teren. Czytelne centrum degustacyjne w postaci namiotu, duży centralny plac z animacjami, sceną i całą resztą rozrywek dla plażowiczów, oddalone od wszystkiego zaplecze gastronomiczne, czytelne wejście/wyjście z terenu, toalety na uboczu ale jednak blisko, sporo miejsca do siedzenia, sporo cichych zakamarków no i jednak widoczny, wakacyjny klimat. Właściwie nie można było się do niczego przyczepić.

Afterparty

…mimo że na nim nie byłem. Podoba mi się sama idea – czasu już bardziej na luzie, na sam koniec. Cóż, następnym razem nie będę brał pociągu na 23.

 

Jeszcze na koniec – gdzie można było się napić czegoś ciekawszego?

Bestwhiskymarket – tradycyjnie stoisko nr 1 w Polsce dla prawdziwego fana whisky. Selekcja znana i lubiana, a Daniel i Jurek zawsze doradzą i podzielą się opinią na temat swoich butelek. O nowościach nic nie napiszę, gdyż whisky od nich prawie zawsze biorę na wynos. Po prostu wolę je kontemplować w domowym zaciszu niż w festiwalowym zgiełku. Furorę w tym roku zrobił młody Macduff od SMWS z lat 70. Zniknął po kilku godzinach pierwszego dnia.

Pinot – u Adama na stoisku działo się dużo, a samo stoisko, takie odniosłem wrażenie, bardzo się rozrosło od poprzednich imprez. Poza licznymi blendami można było spróbować kilku single casków od Duncana Taylora, Kavalana, Elements of Islay. Obok dużo butelek Arrana i pracownik destylarni, z którym można było ciekawie podyskutować. Duncan Taylor z kolei reprezentował Fergus Simpson, który przywiózł ze sobą kilka butelek ze swoich prywatnych zapasów. 26 letni Mortlach z 1991 mocno siarkowy, mięsisty, gruby, bardzo dobry. Jednak największym zaskoczeniem był ciemny Springbank z 1999 (polany w ciemno – stawiałem na jakąś starą Bunnahabhain) – bardzo dojrzały mimo młodego wieku, głęboki, z najlepszymi akcentami beczki po sherry – 7,5/10.

This slideshow requires JavaScript.

International Beverage – a więc Old Pulteney, Balblair i An Cnoc. Za kontuarem stał Łukasz Dynowiak, którego w końcu miałem okazję poznać (swoją drogą wyczekujemy książki). Whisky z Old Pulteney lubię i darzę ją sentymentem, toteż z radością powitałem pojawienie się kilku edycji dotychczas niepróbowanych. Edycja z 1990 z beczek po Laphroaigu okazała się bardzo dobrą, mimo przeciętnych ocen w internecie. Single cask z 2001 fajny, ale trochę za ostry. Była także nieoficjalna okazja spróbowania edycji, które za kilka miesięcy zastąpią 21yo. 25yo poprawna, ale to ta starsza robi robotę – ciemnosherrowa, 34 letnia, wielka szkoda że rozcieńczana. Balblair z kolei po raz kolejny okazuje się whisky bardzo niedocenianą. Zarówno sherrowa edycja z 1990, jak i bourbon cask z 1983 miały w sobie ten oldschoolowy pierwiastek whisky gładkiej i pełnej mimo 46%.

An.Ka Wines – albo raczej Gordon & MacPhail. Coraz szersza selekcja butelek od jednego z najważniejszych niezależnych dystrybutorów cieszy. Poza kastrowaną serią Connoisseur’s Choice (choć i tam znalazło się kilka ciekawych rzeczy), można było spróbować około ośmiu single casków, a ponadto bardzo ciekawej Linkwood. Dalej klasycznie – znane, stylizowane na podstawki edycje Mortlach, Strathisla, Imperial i innych. W większości od tych podstawek o co najmniej punkt lepsze. Cieszyła obecność starego, 40 letniego Glen Granta. Benromach właściwie wcześniej już znany w całości – także jedynie można wspomnieć o obecności wersji 35yo i single caska z bodaj 2001.

Diageo – jak zwykle zajmowało dużą część powierzchni od strony głównej ulicy. Wystawiło aż 4 stoiska – burbon Bulleit (plus za popcorn 😉 ), podstawki, a więc serię Classic malts, charakterystyczne, deszczowe stoisko Taliskera, oraz ostatnie z linią Special Release. Tam pojawiły się zdecydowanie najciekawsze whisky. Od takich w gruncie rzeczy się niewyróżniających, piątkowych (Dalwhinnie 25, Cragganmore NAS, Caol Ila 15); przez niewybitne, ale niecodzienne, intrygujące (Pittyvaich 25); bardzo dobre malty o klasycznym profilu (Talisker 25, Linkwood 37, Mannochmore 25, Cally 40), aż do rzeczy genialnych (Dailuaine 34, Brora 38). Port Ellen… cóż, jeszcze się na blogu pojawi więc na razie nie zdradzę co o niej myślę. 😉

To ta jedyna whisky festiwalu którą piłem dwa razy. Polecam.

M&P – też już tradycyjnie pochwalnie. Zasmucił mnie co prawda brak jakiegoś starego single caska ze stajni Glenglassaugh, lub Benriach (które zawsze się pojawiały), ale jednak ekipa z Warszawy przygotowuje się do własnych imprez, więc chomikowanie lepszych rzeczy jest w tym przypadku zrozumiałe. Rekompensowała to nowa 25 letnia Glen Scotia (niestety kiepska), jak i nowa linia whisky z Loch Lomond – torfowy Inchmoan (wersja 1992 nawet niezła).

The Bar – portfolio znane, lubiane i wciąż rozszerzane. W Jastrzębiej Górze pojawiły się Glengoyne 25yo, oraz 18 letni Elijah Craig. Glengoyne bardzo smaczny, choć jak dla mnie nieco za grzeczny. 18 letniego burbonu nie próbowałem, może przy następnej okazji.

Małe plusy dla stoisk:

Glenfiddich, Glenlivet, Bunnahabhain, Bowmore – za obecność czegokolwiek poza standardowymi 12-18yo.

Stilnovisti – wybór duży, niektóre flaszki naprawdę ciekawe i oryginalne, ale nie mogę z czystym sumieniem polecić kogoś, kto próbuje sprzedać Clynelish z 1997 za 2000zł za butelkę.

Dom Whisky – ten sam casus. Wybór bardzo duży, ale hucznie zapowiadane obniżki okazały się bujdą na resorach. Owszem, obniżono ceny o 30%, co sprawiło że były one… wciąż wysokie.

Aleksander Tiepłow

One thought on “IV Festiwal Whisky w Jastrzębiej Górze – podsumowanie

  1. „jak na polskie warunki”: stwierdzenie-klucz 😉
    rok po roku to samo i tak samo, czyli mamy docelowy model tego niby festiwalu whisky… brak wyeliminowania podstawowych błędów, powielanych przez lata, świadczy o minimalistycznym podejściu organizatora – szkoda, ale widać wbrew krzewicielskim hasełkom, hajs przede wszystkim!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *