Jeśli chodzi o burbony, nie zgłębialiśmy tego tematu jakoś szczególnie, w myśl zasady, że z kukurydzy to się popcorn robi, a nie… czas więc to chyba nieco zmienić. 

Właściwie przez ponad 3 lata działalności bloga, pojawiły się jedynie 3 artykuły:

Nie będzie tu szczegółów dotyczących produkcji burbonu, rozbierania na czynniki pierwsze jego historii, czy opowieści o poszczególnych gorzelniach. To może kiedyś, a dzisiaj sample set, a więc zebrana w spójną całość garść notek, która ma podtrzymać, lub obalić jakieś twierdzenie. Rozpatrywaną kwestią będzie oczywiście degustacyjny charakter burbonów. Naturalnie aby owo zagadnienie rozpatrzyć w możliwie uczciwy sposób, odrzuciliśmy wszelkie podstawki, żłopaki i rzeczy ewidentnie przygotowane dla odbiorcy bardzo masowego. Poszukujemy burbonowego graala wśród rzeczy limitowanych, ciężko dostępnych, wyróżniających się ciekawym podaniem (np. wysoka moc, wiek, stare wydania). Nie ma tu zastosowania główne kryterium stosowane przez nas zazwyczaj przy takich degustacjach, a więc beczka, gdyż burbon zawsze leżakuje w świeżych beczkach.

Czy Amerykanom udało się wytworzyć coś co można bez wstydu sparować choćby z jakimiś lepszymi podstawkami single malt? Czy może po tych kilkunastu próbkach stwierdzimy definitywnie, że burbon to się z colą pije, a nie cmoka i nie ma co przepłacać za jakieś wynalazki z mikrogorzelni? Cóż, sprawdźmy…

A i jeszcze jedno, na wypadek gdyby ktoś zaczął mędrkować, że przecież są tu też whisky żytnie, jakaś Tennessee się może trafić, a my tak wszystko do jednego wora. No więc po pierwsze – nie mamy na tyle próbek żytnich, ani Tennessee, aby zrobić z nich oddzielne degustacje, a po drugie wszystkie są produktami bardzo pokrewnymi, dla których główny wyróżnik i rzecz wpływająca na smak – świeża beczka z amerykańskiego dębu – jest niezmienny. To trochę jak z single malt, że mawia się, że Speyside to powinno coś tam, a Lowland to coś tam, ale finalnie różnie z tym bywa. No dobra, jedziemy:

 

Stary „Burbon” z lat 50. (?), 18yo, 43%

Niewiele o tej flaszce wiadomo. Tyle że ma 18 lat, była destylowana w Illinois i przeznaczona w latach 70. na rynek niemiecki. Taka osobliwość. Na rozgrzewkę.

Whiskybase – brak

Nos: ewidentnie burbon, ale jak nie burbon. Łagodny, nienaturalnie elegancki. Szarlotka z cynamonem, kokosanki, popcorn. Marcepan, diacetyl. Zamsze. Rozwija sie. Zeschłe kakały. Motywy roślinne. Ptasie mleczko. Ciasto drozdzowe, ale też nieco zeschłe. Wanilie. Nieco pieprzu. Dość eleganckie w zapachu, nie tak wulgarne i kukurydziane jak teraźniejsze bourbony. Czas chyba zrobił swoje.

Smak: w piździec drewniane i taninowe, ale w gruncie rzeczy przyjemne. Smak długi, intensywny, ba, nawet jakieś warstwy są. Motywy hiszpańskich ronów, spalone klepki, gorzka herbata. Trochę ziół. Nie jest słodki. Dość smukły, wytrawny, herbaciany. Dużo drewna, tanin, opalonych klepek, gorzkiej herbaty, dymu z kominka. Dalej suche biszkopty, cantuccini, wanilina, migdały, popiół, przypalony syrop klonowy. Niestety pod koniec daje wódą po gardle, że aż grzeje.

Finisz: długo, intensywnie. Z początku burbonowe pieprze i wanilia, z czasem przechodzące w przyjemny gładki karmel, maślany popcorn, drewno, taniny, earl grey, alkohol.

Wnioski: wytrawny, suchy, herbaciany, dużo opalonego drewna, kakao. Spora elegancja jak na bourbon. Jak na burbon, bo to jednak dalej grubo ciosany destylat, w dodatku strasznie grzeje na finiszu.

Ocena: Radek – 3,5/10; Aleksander – 4/10

 

Evan Williams 1976, 7yo, 45%

Whiskybase

Nos: też trochę elegancko, ale i trochę po chamsku. Nieco daje alko. Wanilia, trochę jakiegoś cytrusa. Marcepan. Dużo wanilii, migdała, marcepanu. Krem, cukier puder, aromat do ciasta, cream soda. Słodko i słodko.

Smak: burbon o smaku burbonu. Wanilia, migdały, orzechy, dość pikantnie, taniny. Straszliwie generyczne, ale jak na burbon jest dość gładko. Nieco rumu. Dopiero potem wdziera się chropowatość, kukurydza, żużelek, trochę surowej dechy. Grzeje w rurę.

Finisz: tu już ordynarnie i chropowato. Wanilina, przyprawy korzenne, żużel i spirol.

Wnioski: burbon o smaku burbona. Trochę spróbowane. Reszta poszła do coli. Na początku słodko, gladko, pudrowo, potem już tylko alkohol i surowa decha.

Ocena: Radek – 1,5/10; Aleksander – 2,5/10

 

Basil Heydens, NAS, 40%

Whiskybase

Nos: z początku nieprzyjemny akcent mokrych trocin. Z czasem się to rozwija w fajne pomarańcze, skórkę limonkową, cytrynę, pestki, kandyzowane skórki, pączki, kwiaty. Mocno cytrusowe. Kulki na mole. Odświeżacz do kibla. Toffi. Dalej wanilia, lawenda, krówki, irysy, sezamki, cream soda, podrabiany marcepan. Nie jakoś super jakościowo, ale dzieje się sporo.

Smak: ostro, cytrusowo, zielono. Ani grama słodyczy tu nie ma. Smakuje jak stare ubrania, czy powietrze z lumpeksu. Kandyzowany arcydzięgiel, sugusy, pomarańczowa mamba. Smukły, wytrawny, gładki i trochę pusty. Zest cytrusowy, limoncello, nalewka na pomarańczach, grand marnier, kandyzowany arcydzięgiel i oczywiście cream soda. Na dłuższą metę niestety robi się gorzkie, pestki, albedo.Też trochę grzeje w przełyk.

Finisz: gotowane jabłka, taniny, pestki, kurz, niedojrzałe jabłka, likier pomarańczowy, galaretki makarena, wanilia, trochę alkoholu.

Wnioski: wytrawny i dość ciekawy burbon. Kilka dziwnych nut, ale ogólnie może być. Bardzo cytrusowy, ładny zapach, ale niestety straszna pestkowa gorycz i trochę jednak alkohol.

Ocena: Radek – 2/10; Aleksander – 3/10

 

Elijah Craig Barrel Proof, 12yo, 69,7%

Whiskybase

Nos: mocno wierci w nosie. Spalony spód od ciasta, kruszonka, śliwki, wiśnie, pestki, jakaś czekolada. Nawet trochę siarki i gorzkiej czekolady przywodzącej na myśl glendronacha. Pyłki kwiatowe, soczyste owoce, brzoskwinie, nektarynki, cytrusy. Dalej wanilina, cukierki pudrowe, poziomki, słodka śmietanka, lody waniliowe.

Smak: esencja z burbona. Bita śmietana, sporo marmolady z czerwonych owoców, taniny, lody śmietankowe. Patyki, żużel, koksownik. Mocne, bardzo skoncentrowane, bardzo esencjonalne, ale nie wali tanim spirolem i nie grzeje w gardło. Zbyt skoncentrowane, nawet jak na nas. Tu trzeba wody. Z wodą z jednej strony nie daje już tak po języku, z drugiej bardzo uwydatnia się nuta spalenizny. Bez wody jednak lepiej, choć jest zbyt agresywny i gęsty.

Finisz: alkohol, spalenizna, echa czerwonych owoców. Pełny, lekko cytrusowy, słodowy, maślany.

Wnioski: fajny, złożony, ale mega skoncentrowany. Aż za bardzo. Z wodą łagodniej, ale wychodzą mało przyjemne, przepalone nuty.

Ocena: Radek – 3/10; Aleksander – 3/10

 

Pikesville, 6yo, 55%

Whiskybase

Nos: bardzo przyjemny, koherenty, dość zgrabny. Pączki z marmoladą różaną, miód, słód, ciasto z kruszonką, łakotki. Cream soda, miod z wodą…

Smak: zwarty, nie za słodki, słodowy, lekko gryczany. Czarna herbata dobrze posłodzona, opalone dechy, stara meblościanka, syrop klonowy, masełko.

Finisz: dość wytrawny, paluszki, herbata, stara płyta paździerzowa.

Wnioski: dobre to to. Nie za słodkie, nie grzeje. Dużo się nie dzieje, ale kompozycja zwarta, przyjemna, sensowna.

Ocena: Radek – 3,5/10; Aleksander – 4/10

 

 

Thomas Handy 1998, 8yo, 66.35%

Whiskybase

Nos: olej słonecznikowy, olej lniany, alkohol tylko delikatnie. Jak na 67% to niesamowicie zwiewnie. Pełne, oleiste, grube i skomplikowane. Lody waniliowe, płatki kukurydziane, jaśmin, słonecznik, kwietne motywy. Elegancja i nienaganność godne porządnych single malt. Dalej laski wanilii, creme brulee, lody zabajone, advocaat, kremowe likierki. Ależ warstwy! Potem wychodzi delikatna słoność: morska woda, jod, ozon, małosolne, słony karmel, orzeszki. Się zmienia. Jeszcze potem orzeszki przechodzą w jakieś tartaczne motywy, świeże wióry, musli, sezam, a na sam koniec zataczamy kółeczko i wracamy do łąki, miodów i wanilii. Ależ kalejdoskop!

Smak: smak bardzo długi, tłusty, oleisty i nieprzesadnie słodki. Znowu te lniane oleje, oliwy truflowe, mineralność, otoczaki z potoku, wapienna skała, propolis, woski przywodzące na myśl Clynelishe… Można tak w nieskończoność. Jeszcze się zmienia. Świeża decha, świeże soczyste cytrusy w stylu limonki, albedo. Dalej już bardziej bourbonowe słone migdały, wanilia, nerkowce. Jeszcze gdzieś ukryta odrobinka słodyczy, jakiś syrop cukrowy, cukier trzcinowy, lizaki choinkowe, kolumnowe rumy. Do tego lekkie żeliwo, mosiądz. Na koniec cukierki pudrowe i cream soda. Jako wisienka na torcie wspaniale ukryte 67%; smakuje jak może 50%.

Finisz: drewniane taniny, cytryna, lakierek, karmelek. Wszystko przyjemne, stonowane, bardzo poprawnie ułożone. Tłuste, oleiste, znowu te słoneczniki wracają. Mineralne.

Wnioski: co tu się stanęło? To bourbon może tak smakować? Przecież to jakieś motywy clynelishowo-singlepotstillowe. Są warstwy. Jest feeria barw. Popatrz Pan, bourbon poziomem nieodstający od dobrych single maltów. Gdyby tylko nie kosztowało 1000 funtów.

Ocena: Radek – 6,5/10; Aleksander – 5,5/10

 

Sazerac Rye, NAS, 45%

Whiskybase

Nos: przyjemne ale mało konkretne. Jakaś wanilina, trochę karmelu, drewno, ligniny, kurz, kreda. Trochę rumowych motywów. Dopiero po chwili zapach startuje w bardziej klasyczne klimaty: miodek, tostowane drewno, cream soda, lekki aceton.

Smak:  taniny. Kora drzewa, badyle, łodygi. Gorzkie. Krople na gardło. Okrutnie gorzkie. Cukier puder. Masa kajmakowa. Woda z miodem, wanilina, ligniny, trochę imbiru, łupiny orzechów, mydło.

Finisz: mało wyrazisty. Zielony, cukierkowy, cukrowy. Gorzki, trochę mdły, z tostowanym drewnem.

Wnioski: dość wodnisty, a przy tym zbyt gorzki. Taka whisky mająca kilka prostych akordów i nic więcej. Idealny żłopak na lód. Bo pić to degustacyjnie to trochę strata czasu. A do coli – patrząc na cenę – szkoda.

Ocena: Radek – 2/10; Aleksander – 2,5/10

 

Eagle Rare, 10yo, 45%

Whiskybase

Nos: od razu czuć że jest bardziej złożony. Ciasta drożdżowe, szarlotki. Aromat przyjemny, wytrawny, ziołowy, wrzosowy, ziarnisty, lekko herbaciany, kurzawy, lekko zasadowy. Wytrawny, smukły, nieco kostropaty.

Smak: pełny, czekoladowy, gruby, jednocześnie dość łagodny. Motyw piwniczno pleśniowy, biały pieprz, taniny, suchary, płyta wiórowa, wafle ryżowe, wanilia.

Finisz:  taninowy z czasem skręcający w stronę toffi. Suchy, wytrawny, herbaciany, lekko palony.

Wnioski: dobra, nie słodka, herbaciana, ziarnista, ale nic za bardzo się nie dzieje. Taki poziom pośredni – można na lodzie, a można samo.

Ocena: Radek – 3/10; Aleksander – 3/10

 

 

Rittenhouse 100 Proof, NAS, 50%

Whiskybase

Nos: pachnie jakąś myszą. Do tego jakaś chemia. Stare ziarno, słoma, stara szopa, kurz, pajęczyny i zasuszone myszy. I płyta wiórowa. Mniam, mniam.

Smak: ostre. Taninowe i ze smakiem starej szopy: splesłe ziarno, suche snopy siana, pajęczyny, mysie trupy. Worek z cementem gdzieś w rogu tej szopy. Zgaga. Zwietrzałe, ale i żołądkowe jednocześnie. Paradoks. Kwas, zgaga, niestrawność, krople żołądkowe, nalewka orzechowa. Dalej już tylko gorycz i gorycz.

Finisz: też zgaga. Wyszuszający, gorzki.

Wnioski: brak jakichkolwiek spisanych wniosków dobrze obrazuje poziom tej whiskey.

Ocena: Radek – 1,5/10; Aleksander – 1,5/10

 

Bakers 7yo, 55,3%

Whiskybase

Nos:  jest lepiej. Pachnie jak burbon. Generyczne ale niezłe. Jakieś motywy zielone, ziołow, lukier, cytrusy, biały pieprz. Miodki, waniliny, migdaly, ale też jakieś nuty zielonego ziarna, siemienia lnianego, ziół. Dalej tostowane drewno, tartak.

Smak: mocne wejście, dość pikantnie i ordynarnie. Przypalone drewno, wafle ryżowe, ale też jakieś motywy chemiczne. Nuty dentystyczne i też trochę żołądkowe co z czasem sie nasila i przechodzi w ostrą drewnianą gorycz, niemal chininę.

Finisz: gorzki, kora, krople żołądkowe, chinina, dentysta.

Wnioski: większość wylana. Zaczęło sie ładnie, zapach bardzo przyjemny, smak do połowy też spoko, ale potem gorzko i dentystycznie.

Ocena: Radek – 2/10; Aleksander – 2/10

 

Wnioski

No więc jak to z tymi burbonami „premium” jest? Należy pić samo czy to wciąż przedrewniała berbelucha do zmieszania z colą? Cóż, jeden rabin powie tak, drugi rabin powie nie. Poziom nie był tragiczny, a co dla nas najważniejsze – trunki okazały się zróżnicowane. Obawialiśmy się, że panel będzie nudny, a wszystkie próbki po kolei będą przejawiały jedynie nuty drewna, acetonu, wanilii, cytryny i pieprzu. Tego nie było. Takich generycznych, z metra ciętych burbonów było jak na lekarstwo, właściwie wszędzie znalazła się jakaś ciekawsza nutka. Z drugiej strony, taki burbon który z czystym sumieniem polecilibyśmy wybrednemu fanowi whisky słodowej, z absolutnym przekonaniem że doceni złożoność i harmonię, a entuzjazm podzieli, był – co tu ukrywać – jeden. W dodatku kosztujący tyle co single malt na gwarantowane 9/10. Poza tym, skoro już jesteśmy przy punktacji, wydaje się nam, że z burbonami jest identycznie jak z rumami – najlepsze osiągają okolice 5-6 punktów. Zobaczymy co będzie przy następnym temacie – brandy z Jerez 😉

Tak rozbudowanej degustacji burbonów już pewnie w najbliższym czasie nie będzie – popróbowaliśmy co było do popróbowania i wyrobiliśmy sobie zdanie. Nie oznacza to jednak, że temat będzie zupełnie zarzucony. Jeszcze pewnie w tym roku pojawi się degustacja kilku burbonów ze stajni Blantons, a także za jakiś czas Jack Daniel’s Single Barrel.

Aleksander Tiepłow

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *