Rok temu była pita Glenmorangie 10, porównawczo z edycją z 2003 roku. Dziś degustacja całego core range, a także dużej ilości rokrocznie wypuszczanych edycji limitowanych.

Podstawowa wersja 10 letnia była już przez nas degustowana jakiś czas temu. Artykuł porównawczy z wersją z początku milenium dostępny jest poniżej:

O historii destylarni Glenmorangie nie było ani słowa przy opisie 10 letniej podstawki. A wobec dzisiejszej rozległej degustacji, raczej prędko do tej destylarni nie wrócimy – krótki rys historyczny się przyda.

Glenmorangie (co oznacza dolina spokoju) swój żywot zaczęła jako browar, warzący dla miasteczka Tain, położonego w szkockim Highlands. W 1843 William Matheson przekształcił browar w destylarnię. Już w XIX wieku tutejszą whisky butelkowano jako single malt. Pod koniec XIX i na początku XX wieku zakład kilkakrotnie zmienia właścicieli. Destylat z Glenmorangie jest wówczas używany do zestawiania blendów. Małe ilości zaczęto powtórnie butelkować jako single malt w latach 20, a zmiana strategii i skupienie się na takim sposobie prezentacji tutejszej whisky to rok 1959. W latach 1931-36 i 1941-44 ze względu na trudną sytuację w świecie whisky (końcówka amerykańskiej prohibicji, ogólnoświatowy kryzys, wreszcie druga wojna światowa), destylarnia była wyciszona.

Rozbudowa destylarni nastąpiła w latach 1976, 1990 i 2009. W 1994 destylarnię otworzono dla turystów i wybudowano visitor’s centre. W 2004 zakład został kupiony przez francuski koncern skupiający w swoim ręku dobra luksusowe, Louis Vuitton Moët Hennessy (LVMH), za cenę 300 milionów funtów (razem z mało komu wówczas znaną destylarnią Ardbeg).

Rok 1996 to pierwsze wypusty finiszowane w beczkach po innych alkoholach – porto, oloroso i maderze. Dziś może ciężko w to uwierzyć, ale ponad 20 lat temu whisky leżała sobie w beczkach po burbonie, albo sherry i nikt nie bawił się w jakieś dodatkowe postarzanie w beczkach po cudacznych alkoholach. Rok później weszła na rynek pierwsza wersja Lagavulin Distiller’s Edition (która posiadała dopisek „double matured” jak także nazywano finiszowanie), ale to Glenmorangie jest pionierem w takim wykorzystaniu beczek po różnych rodzajach win, czy destylatów.

Glenmorangie jest trzecim najpopularniejszym single maltem na świecie (po Glenfiddich i Glenlivet), a Glenmorangie 10 jest najpopularniejszym single maltem w Szkocji. Destylarnia ta słynie również ze swoich charakterystycznych alembików, o bardzo dużej wysokości (w nawiązaniu do czego, nieoficjalnym logo marki jest żyrafa).

Czy w ten sposób otrzymuje się Glenmorangie?

Dziś degustacja całego core range, a także dużej ilości edycji limitowanych, wypuszczanych rokrocznie, tak jak i edycje Ardbega. Wiele edycji Ardbega zresztą też już piliśmy. Do poczytania tutaj.

Glenmorangie Lasanta, 12yo, 43%

Whiskybase

Nos: nie pachnie to źle. Jest jakieś blendowane sherry, w ostateczności bardzo gładkie oloroso. Bardzo zwiewne; gdy się bardzo wwąchać, można wyczuć kakao, kawkę, gorzką czekoladę, czerwone owocki, jakieś delikatne dżemy, sporą słodowość.

Smak: z jednej strony dość kremowe, z drugiej mocno pikantne i chropowate. Cienkie sherry, trociny, refillowe beczki po burbonie zalane na 2 lata cienkim oloroso. Dopiero po chwili uderza wytrawność, pikantność, gorzkie kakao, nawet nutka prochu, dalej trochę słodu. Czuć ten burbonowy charakter sprzed finiszu. Uczciwe, proste, ale i smaczne.

Finisz: przebija się mocno beczka po burbonie. Amontillado, zielono, susz owocowy.

Wnioski: uczciwa podstawka. Dobra, ostrawo sherrowa, niby jest wytrawne oloroso, ale i sporo nut burbonowych się pojawia. Dużo ciekawsza od nudnej 10yo.

Ocena: Radek – 3,5/10; Aleksander – 3/10

 

Glenmorangie Quinta Ruban, 12yo, 43%

Whiskybase

Nos: malinowe cukierki pudrowe, herbata smakowa w granulacie, grenadyna, lizaki choinkowe, kandyzowane owoce, miody. Do tego spod spodu jakieś maślane ciasteczka, jakieś szarlotki, motywy korzenne.

Smak: zaskakująco pełny i intensywny. Marynata do mięsiwa, sos bbq, nawet jakieś takie lekko podwędzane. Nieco oldschoolowe. Syrop malinowy, woda różana, marmolady i powidła, paluszki z makiem, miodek, tostowane drewno,  ziarno, słód, żeliwo i alkohol. Może nie jest to wzór elegancji i trochę chropowate to to, ale jesteśmy miło zaskoczeni.

Finisz: nieprzyjemnie żeliwny, zbutwiały, pikantny, alkoholowy, z miłym niuansem leśnych owoców, chyba malin.

Wnioski: zaskakująco intensywna jak na Glenmorangie. Zwiewna Lasanta się chowa. Nie wszystko dzieje się dobrze, ale ogólnie też spoko podstawka. Dużo smaku, jest sporo fajnego porto, sporo jakości, ale niestety grzejący alkohol dość mocno pali w rurę.

Ocena: Radek – 3,5/10; Aleksander – 3,5/10

 

Glenmorangie Nectar d’Or, 12yo, 43%

Whiskybase

Nos: słodki, dość przyjemny, mało skomplikowany. Miód, waniliowy aromat do ciast, rodzynki, lody zabajone. To wszystko z jakąś delikatną kontrą limonkową i lekką chropowatością aromatu.

Smak: podobnie co w poprzednich podstawkach. Z jednej strony przyjemna gładkość, z drugiej pojawia się mało przyjemna pikantność i drapanie. Dominującym akcentem jest miód, do którego dochodzą cukier wanilinowy, jakieś zioła, maggi, akcent ozonu.

Finisz: chyba najprzyjemniejszy z trójki finiszowanych podstawek. Pełny, dość długi, miodowy, okrągły. Pod koniec trochę wychodzi grzejący alkohol.

Wnioski: znowu zwiewnie i delikatnie, profilowo zdecydowanie Glenmorangie. Znowu niestety nie wszystko jest dobrze i głównym mankamentem jest chropowatość.

Ocena: Aleksander – 3,5/10

 

Glenmorangie Extremely Rare, 18yo, 43%

Whiskybase

Nos:  łagodnik bardzo. W pierwszym niuchu kompletnie nic się nie dzieje. Dopiero po chwili się trochę otwiera. Po chwili jakieś delikatne kwiecie polne, konwalie, pyłki kwiatowe, woda z miodem, płatki gold flakes, trochę orzeszków. W tle nutki zestów pomarańczowych, olejków cytrusowych, pączków. Nie jest źle, ale to wszystko jest takie mocno efemeryczne.

Smak: całkiem przyjemnie i bardziej intensywnie niż w aromacie. Kremowe, miodowe, waniliowe, lekko burbonowe. Dużo zestu, wanilin, jakiejś roślinności, drewna, kandyzowanych skórek, gorzkiej pomarańczy i słodkiej, owocowej herbatki. Trochę przypraw, nawet ciut pyłków kwiatowych i jakiegoś propolisu. Przyjemna oleista faktura.

Finisz: chyba najlepsza część tej whisky. Długi, przyjemnie aksamitny z nutami burbona, waniliny, cytrusów, cytrynowej ice tea.

Wnioski: niezbyt skomplikowana, ale koherentna i dobrze zrobiona whisky. Na początku trochę anemiczna, ale potem jest lepiej. Miała być gładka i ulotna i taka jest. Whisky kobieca. Whisky tak wysoce żłopalna, że można by spokojnie ojebać butelkę na jednym posiedzeniu. Elegancka, przyjemna, malkontenci powiedzieliby, że nudna.

Ocena: Radek – 3,5/10; Aleksander – 4/10

 

Glenmorangie Signet, NAS, 46%

Whiskybase

Nos: jest dobrze. Wierci w nosie. Aromat ma dwie strony: deserowo, ciasteczkowo owsianą i egzotyczną. Pyłki kwiatowe, owoce egzotyczne, papaje, mango, ananas, ciastka owsiane z czekoladą, czarna herbata. Dalej karmel, melasa, rogaliki, drożdżówka z budyniem. Na koniec tostowane drewno, wanilia i znów wracamy do motywów kwaskowych, owocowych, wiercących w nosie. Sherry, owoce puszkowe.

Smak: podobnie jak i w aromacie, pierwsze na co się zwraca uwagę to intensywność, która nawet jak na 46 proc jest duża. Przyjemna kompozycja na którą składają się na początku czekoladowe ciasteczka i czerwone owoce. Gdzieś zahacza o te tropiki. Przyjemne, ciepłe, miodki, odrobina cream sherry, tostowane drewno, dużo wanilii, fajnie. Ale w drugim smaku już mniej fajnie, prażony słód, tanie ciastka czekoladowe, pikantność, wkrada się chropowatość, która tutaj kompletnie nie pasuje. Na koniec nawet trochę alkoholowo i goryczkowo.

Finisz: syrop na kaszel, wanilia, trochę alko, żelków, czarnej herbaty i ciastek.

Wnioski: whisky z ciekawym pomysłem. Fajny zapach, dobry pierwszy smak, ale potem coś się zaczyna łamać. W środku smaku trochę nieprzyjemnych rzeczy się dzieje, ale finisz wraca na właściwe tory. Signet była jedną z pierwszych whisky którymi te kilka lat temu, na początku mojej przygody z whisky, autentycznie się zachwyciłem. Po tym czasie i po powrocie do niej, okazało się że nie jest ona tak fenomenalna jak mi się w moim neofickim zachwycie wówczas wydawało, choć pewien poziom trzyma. Przyczepić się można tylko do ceny, bo za 600zł są whisky dające jednak więcej satysfakcji. A no, ale za to butelka jest bardzo ładna 😉

Ocena: Radek – 4,5/10; Aleksander – 4,5/10

 

Glenmorangie Quarter Century, 25yo, 43%

Whiskybase

Nos: pachnie staro. Przyjemna głębia, gładkie sherry, zamsz, likiery, słodka herbatka, dosładzany rum kolumnowy, lukier, pianki. Waniliowy aromat do ciasta, kandyzowane skórki pomarańczowe, pączki z lukrem, trochę przypraw.

Smak: przyjemnie stare, sporo drewnianych tanin, trochę jakichś czekolad, galaretek, patyków, polerowanych parkietów, starych mebli, grand marnierów, zamszy, grzańców z pomarańczą. Dobre pierwsze wrażenie ale z czasem człowiek dochodzi do wniosku że brakuje tu wszystkiego – mocy, intensywności, złożoności.

Finisz: szlachetne drewno, jakaś delikatna zielonosc, herbatka i pomarańcze.

Wnioski:  fajna, ale też za dużo to się tutaj nie dzieje. Żeby to było chociaż w 46% to by było dużo lepiej, bo baza naprawdę ciekawa. Trochę taka stara whisky o smaku starej whisky, idealna dla kasiastych „smakoszy” do koneserowania się przy cygarze.

Ocena: Radek – 5,5/10; Aleksander – 5/10

 

Glenmorangie Grand Vintage Malt 1989, 27yo, 43%

Whiskybase

Nos: łagodny aromat, dość generyczny szczerze mówiąc. Refillowe burbony, oranżadki, pomarańcze, skórki, wanilia, jakieś motywy zasadowe, sodowe, paluszki, vibovit, ziarno. W ogóle nie pachnie jak stara whisky. Raczej jak trochę lepsze 18yo.

Smak: miody, trochę zbutwiałego drewna, burbon, dużo pomarańczy. Ciężko cokolwiek zanotować. Nieco waniliny, pieprzu, mentolu, likier pomarańczowy, zest, rum, poncz, miód, wanilia, aromat do ciasta. Dalej trochę słodu, leciutki motyw rozpuszczalnika, lakieru.

Finisz: delikatny, waniliowy, miodowy, lukrowy, znowu te pomarańcze w kilku odsłonach.

Wnioski: oczekiwania były, a tymczasem jest to mocno przeciętne. Poza 50 twarzami pomarańczy to tu się nic nie dzieje. Niestety rozczarowanie; stara 25yo była dużo lepsza.

Ocena: Radek – 4/10; Aleksander – 4/10

 

Glenmorangie Astar, NAS, 52,5%

Whiskybase

Nos: od razu znać, że to burbonowa świeżynka będzie. Zest cytrusowy, bananowe batony zbożowe, musli z bananem, kokosanki, babka cytrynowa, ciasto drożdżowe z kruszonką. Bardzo bananowe. Wyższa moc sprawia że aromat jest głębszy i pełniejszy, aż chce się to wąchać.

Smak: ciasto drożdżowe, bananki, musli, płatki kukurydziane, marshmallowy, trochę cytrusów, kokosa. No dobre, ale nie ma się zbyt nad czym rozwodzić. Alkohol dobrze ukryty, a moc beczki robi dobrze tej whisky.

Finisz: płatki kukurydziane, banany, wanilia, ciasto.

Wnioski:  bardzo przyjemny, gładki bourbonowiec w cs z dominującym akcentem bananowym.

Ocena: Radek – 4,5/10; Aleksander – 4/10

 

Glenmorangie The Tayne, NAS, 43%

Whiskybase

Nos: dość neutralna whisky bazowa z wyczuwalnym wpływem jakiegoś winiacza. Czy to amontillado? No powiedzmy że tak. Orzechy, lekkie sery, woda z miodem, ziarno, akcenty takich sobie beczek po burbonie. Dość pikantny aromat z akcentami naftowymi. Trochę surowego drewna i alkoholu.

Smak:  sok multiwitamina, nafta, pikantność, trociny. Smak dość gruby, nuty tropikalne, ale jednocześnie opiekane drewno. Dużo tego amontillado nie ma. Jest jakiś akcent orzechów, winny, lekko drożdzowy. Dalej trochę owoców z puszki, miodu, syropu cukrowego, a do tego lekka pikantność, drewniana gorycz, przyprawy korzenne i trochę zużyte beczki. Dobre do żłopania.

Finisz: wanilina, opiekane drewno, bez szału generalnie.

Wnioski: takie do żłopania bez dumania. Wchodzi gładko, słodko, dużo dobrego się nie dzieje, ale złego też nie.

Ocena: Radek – 3/10; Aleksander – 3/10

 

Glenmorangie Bacalta, NAS, 46%

Whiskybase

Nos:  jak to glenmorangie – łagodna, miodowo waniliowa, słodka, przyjemna. Z niewielkim wpływem jakichś słodkich winiaczy, Moscatela, czy innej Madery. Mango, papaja, guma balonowa.

Smak:  w sumie to co w zapachu. Łagodnik z nutami miodu, likierów, egzotycznych owoców, wanilii i nieco drewna i do tego delikatne nuty słodkiego, białego, wzmacnianego wina.

Finisz: syrop cukrowy, lukier, kwiaty, lekko egzotyczny.

Wnioski:  whisky ok, taki słodziaszek. Na plus jest ta gładka przyjemna madera, a na minus, ze tutaj nic poza tym się nie dzieje. Taka trochę osłodzona glenmo 10.

Ocena: Radek – 3/10; Aleksander – 3/10

 

Glenmorangie Spios, NAS, 46%

Whiskybase

Nos: burbonowa, nawet może faktycznie żytnie nuty. Otręby, pole zboża, zest cytrynowy, ziarno, słoma, trochę wanilii, lignin, mocno osłodzona lemioniada, lekko opalona beka, te śmieszne księżycówki w słoikach. Ciekawe.

Smak: O ile poprzednie dwie whisky były winnymi łagodnikami, tak tu mamy chropowaty wpływ amerykańskiej whiskey. Beczka kompletnie zdominowała delikatny destylat. Ciekawie przełamana łagodność i miałki, słodki profil młodego glenmo. Sporo orzechów: włoskie, pecan, migdały; opalone wióry, tostowane drewno, kokosanki, przyprawy, trochę pikantności, ziarno, musli.

Finisz: zboże, orzechy, sucha ziemia. Dość ostre, ziarniste, pikantne, ale mimo wszystko słodkie.

Wnioski: mocny wpływ burbona. Raczej dla miłośników ostrzejszych doznań, bo nie jest to łagodnik. Mimo że jest chamska w smaku, to jest ciekawsza od poprzednich pozycji. Aż chciałoby się tutaj dać więcej, ale nie ma za co.

Ocena: Radek – 3,5/10; Aleksander – 3,5/10

 

Glenmorangie Duthac, NAS, 43%

Whiskybase

Nos: daje tym virgin oakiem. Pieprze mocno, jakieś cytrusy w tle, białe pieprze. Świeże wióry, ziarno, a poza tym jakiś zest cytrynowy, kwasek. Wiele się nie dzieje.

Smak: zepsute soki multiwitamina, żużel, świeże, tartaczne drewno, zest cytrusowy, trochę słodyczy. Gdzie ten px? Do tego grzanie jak od wódy. Stara szmata, łupiny, nawet trochę treść żołądkowa i jeszcze na deser popsuty sok pomarańczowy. Nie, oj nie.

Finisz: pikantność, alkohol, trochę jakiejś dechy i akcent zielony. Mimo ze smak zdradzał złe motywy to finisz jest po prostu nijaki.

Wnioski: zdecydowanie najgorszy z releasow próbowanych dzisiaj, szmaciano rzygawy. Może nie kompletna abominacja, ale już bardzo źle.

Ocena: Radek – 2/10; Aleksander – 2/10

 

Glenmorangie A Midwinter Night’s Dram, NAS, 43%

Whiskybase

Nos: dość pełna, słodka whisky. Bardziej kremowe i waniliowe niż pozostałe próbowane dziś Glenmorangie, poza tym miodek, syrop cukrowy, kandyzowana pomarańcza, cynamon.

Smak: prosta, ale uczciwa i przyjemna. Kandyzowane pomarańcze, drewienko, nieco przypraw. Mocno kwiatowe, trochę goździka. Dużo imbiru i syropu cukrowego. Znowu ta kandyzowana skórka, slodki kolumnowy rum, pianki. Słodko, świątecznie, ale płasko.

Finisz: wanilina, drewno, mało intensywnie. Słód, imbir, skórki.

Wnioski: spoko grudniowy żłopak. Akurat utrafiliśmy z czasem na dobrą porę do picia tej whisky 😉

Ocena: Radek – 4/10; Aleksander – 3,5/10

 

Wnioski

Siadając do tego przeglądu spodziewaliśmy się dość nudnego korowodu bardzo łagodnych maltów. I trochę to dostaliśmy, a trochę nie, ale to po kolei:

  • trzy finiszowane 12 latki okazały się nadspodziewanie dobrymi whisky w swojej kategorii. Wszystkie z nie dominującym, ale wyczuwalnym wpływem końcowej beczki, wszystkie o przyjemnej, kremowej fakturze, ale też wszystkie z tym samym głównym mankamentem – brakiem ułożenia, który po dłuższym czasie przechodził w – niezbyt chamską, ale jednak – alkoholową pikantność.
  • oficjalna wersja 18 letnia to whisky niesamowicie zwiewna i łagodna, której nie trapią już wyżej wymienione mankamenty. Nie jest tytanem skomplikowania, ale jest tak zwyczajnie bardzo smaczna i pijalna.
  • Signet ma już zadatki na whisky naprawdę dobrą, zaczyna się grubo, ale trochę niedomaga w momencie gdy chciałoby się jeszcze dostać tę kropkę nad „i”.
  • Wycofana z core range wersja 25 letnia dość spodziewanie okazała się najlepsza w całym przeglądzie, choć jej zbytnia łagodność, lub rozcieńczenie do 43%, ciągną ją trochę w dół. W jej obecnej cenie nie warto jej jednak kupować. Pomarańczowo-pomarańczowe wydanie rocznikowe, które zastąpiło Glenmo 25, niestety nas rozczarowało.
  • limitowane releasy: wszystkie finiszowane w różnych rodzajach beczek, wszystkie (poza obrzydliwym Duthac i bardzo ciekawym, ekstremalnie bananowym Astar) na średnim poziomie, czasem z malutkim plusem. Być może wyższa moc byłaby tu ratunkiem, w końcu to nie ma być 12 letnia podstawka skierowana do masowego odbiorcy, a coś bardziej wyszukanego. W Glenmorangie Astar się na to odważono i był to bardzo dobry krok, whisky jest o wiele ciekawsza i więcej się w niej dzieje.
  • i jeszcze uwagi ogólne – wszystkie whisky oprócz łagodności, mają ten charakterystyczny pomarańczowy, skórkowy, kandyzowany, galaretkowo-oranżadkowy stempel.
  • generalnie Glenmo to whisky dla tych, którzy nie szukają jakiejś niesamowicie intensywnej feerii smaków, a dobrą whisky utożsamiają przede wszystkim z gładkością i łagodnością.

Czy naszym zdaniem warto więc kupić którąś whisky od Glenmorangie? Na pewno warto spróbować 12 letnich podstawek. Są one niezłe, dość tanie, więc to chyba najbardziej budżetowa opcja, żeby poczuć wpływ beczki po porto, lub sauternes. Lasanta, wobec powszechności whisky z beczek po sherry nawet na podstawowej półce, wydaje się najmniej ciekawa (mimo, że wygrała jedną część naszego przeglądu whisky z beczek po sherry). Warto na pewno także spróbować Glenmorangie Signet. No i opisanej wcześniej edycji 10 letniej, ale to tylko z dziennikarskiego obowiązku 😉

Aleksander Tiepłow

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *