Kontynuujemy peregrynacje po bodegach Jerez de la Frontera. Po zakładach w El Puerto de Santa Maria, Real Tesoro, Valdespino i Sanchez Romate, zwiedzimy Fernando de Castilla. Jesteśmy już prawie w połowie drogi naszej wycieczki po Jerez.

Jak na razie, nasz sherrowy szlak wygląda następująco:

Do tego polecam zapoznać się/przypomnieć sobie nieco teorii:

 

Przechodząc do Fernando de Castilla…

Jeśli nie istnieje jeszcze hasło „andaluzyjska gościnność”, to trzeba będzie je ukuć. Podsumujmy: zupełnie bezinteresownie zostałem przez pracownika bodegi Tesoro/Valdespino odebrany z dworca w Jerez, zawieziony do bodegi i całkowicie nieodpłatnie oprowadzony po magazynach, oraz napojony lokalnymi specjałami. Następnie odwieziono mnie do Sanchez Romate, gdzie zorganizowany został drugi naprawdę wspaniały private tour. A to wszystko w ciągu jednego dnia. Pan Marcelino na koniec wycieczki zapytał gdzie dalej się wybieram. Po odpowiedzi, że za kwadrans mam umówioną wizytę w Fernando de Castilla, uśmiechnął się tylko i skinął ręką, żeby iść za nim. FdC i Romate leżą po przeciwnych stronach ulicy, więc droga nie zajęła nam dużo czasu.

Przy bodedze wita nas taki przyjemny, kameralny dziedziniec. Gdy zajęty byłem pstrykaniem zdjęć, pan Marcelino zamienił kilka słów z człowiekiem w średnim wieku, który chyba miał oprowadzać naszą grupę. Oryginalnie umówiony byłem na wizytę z piciem sherry i brandy prosto z beczek, która kosztuje 15€. Ostatecznie z grupy chyba nic nie wyszło, bo zdaje się że byłem z moją novia jedynym gościem. Ot, uroki bodegi położonej w pewnej odległości od centrum miasta i grupy umówionej na dość wczesną godzinę.

Po kilku minutach starszy pan znikł, a niczym spod ziemi wyłonił się młodzieniec, który okazał się… synem pana Marcelino. Marcelino Junior wziął na siebie ciężar zorganizowania mi – już trzeciego tego dnia – prywatnego zwiedzania.

I o to właśnie mi chodziło dwa akapity wyżej. Jerez to nie zepsuta boomem na whisky Szkocja, gdzie – generalizując – w pośpiechu przegonią Cię przez destylarnię, a następnie w ramach degustacji dostaniesz szklankę z podstawową edycją w ilości ledwo przykrywającej dno. Tu wciąż ludzie są autentycznie zachwyceni mogąc opowiedzieć o produkcie który wytwarzają. Zwłaszcza w małych bodegach, nieleżących w centrum, lub na szlaku turystycznym. Bo w molochach do których drzwiami i oknami walą turyści, którzy chcą tylko odfajkować jakąkolwiek bodegę, faktycznie można czasem odczuć pewną dozę wyjebania w stosunku do klienta. Tu nie. Tu jest autentycznie, z pasją, często bezinteresownie.

Historia Fernando de Castilla jest znacznie krótsza niż historia większości bodeg. Zaczynając „od Adama i Ewy”, można wspomnieć o niejakim Lorenzo Cosme Andrada-Vanderwilde, flamandzkim rycerzu, który przybył w te rejony wraz z królem Karolem V Habsburgiem (w Hiszpanii znanym jako Karol I) w XVI wieku. Jego rodzina trudniła się przez następne wieki handlem winem, także sherry. Prawdopodobnie posiadała także własną, niewielką bodegę.
Ponad 4 stulecia po przybyciu Lorenza do Andaluzji, w latach 60. XX wieku, Fernando Andrade Vanderwilde, pracujący w Gonzalez Byass, kupił stare piwnice od Pedro Domecq, a także solerę brandy od Marques de Real Tesoro. W 1972 pierwsze brandy z nowej bodegi ujrzały światło dzienne. Fernando swoją bodegę postanowił nazwać Fernando de Castilla, co w wolnym tłumaczeniu oznacza Ferdynand z Kastylii. Chodzi tu o króla Ferdynanda III Świętego – jednego z wybitniejszych władców Kastylii, który władał nią w pierwszej połowie XIII wieku. Prowadził aktywnie rekonkwistę, włączając do swojego królestwa dużą część mauretańskiej Andaluzji (choć samo Jerez miało być do niego włączone dopiero 10 lat po śmierci tego władcy, przez jego następcę, Alfonsa X Mądrego), a także skutecznie działał na rzecz trwałego połączenia królestw Kastylii i Leonu, dając ostatecznie solidną podwalinę pod przyszłe zjednoczenie Hiszpanii. Jemu także przypisuje się stwierdzenie, że ziemie w okolicach Jerez świetnie nadają się pod uprawę winorośli.
Wracając jednak do FdC. Osiągnąwszy spore sukcesy, Fernando Andrade Vanderwilde na starość zdecydował się sprzedać swoją bodegę grupie inwestorów w 1999, wśród których większościowym udziałowcem do dziś jest Norweg Jan Pettersen.

Bodega produkuje wszystkie podstawowe rodzaje sherry. Specjalnością zakładu jest seria sherry „Antique”. Wszystkie wina z tej serii, poza około 8 letnim fino mogłyby nosić certyfikaty VOS, lub nawet VORS, jednak zarząd ponoć nie wierzy w tego typu certyfikaty i ich nie stosuje. W tym miejscu Marcelino opowiedział anegdotkę, jak to właściciel bodegi kilkanaście lat temu przedstawił Consejo Regulador próbki swoich kilkunastoletnich sherry, którym rada regulująca chciała następnie przyznać certyfikat VORS (sherry 30 letniej). Pettersen oczywiście odznaczenia dla swoich wyrobów nie przyjął, a ta historia ma do dziś służyć jako jednoczesne ukazanie bezsensowności certyfikowania sherry, a także – i zapewne przede wszystkim – zapewniać o znakomitej jakości win wytwarzanych w FdC.

Przechodząc już do zwiedzania: nie da się oprzeć wrażeniu, że Andaluzyjczycy są – tak jak i większość Polaków – mocno przywiązani do tradycji. Co za tym idzie, stare, niepotrzebne rupiecie – zamiast na śmietnik, lub przy dobrych wiatrach do muzeum – trafiają do kąta, gdzie marnują miejsce i zajmują się głównie kolekcjonowaniem kurzu. Może niepotrzebnie, ale nieodparcie urokliwie. To powyżej to na ten przykład jest stara waga do beczek.

A ten patyk służy do pomiaru ilości sherry w beczce. Działa dokładnie na tej samej zasadzie co miarka do oleju w samochodzie.

Okazuje się, że jako specjalni goście 😉 jesteśmy od razu zaatakowani z dział najcięższego kalibru. Viejisimo w wolnym tłumaczeniu to „najstarszy”.

Średnia wieku tej sherry wynosi, jak mi Marcelino powiedział, 30 lat. Jakość – chyba nie muszę mówić – zwala z nóg.

Jako wisienka na torcie – mogę sobie samemu jej nalać. Wprost z beczki.

Aby było jeszcze ciekawiej – do 30 letniej wersji dołączona zostaje edycja 40 letnia, która przeznaczona jest tylko na użytek wewnętrzny a i to na specjalne okazje, a mi została polana, jakby to powiedzieć, bardzo nieoficjalnie. W każdym razie – o ile wcześniej zachwycałem się trzydziestką, to teraz jawi się ona jako niezbyt porywająca – wobec niezwykłej głębi i złożoności wersji czterdziestoletniej.

Ujęcie sytuacyjne.

Kręcimy, kręcimy…

Mam wrażenie, że tutejsze bodegi robią jednocześnie za swoiste muzea sherry. Tu na ten przykład mamy maleńką alquitarkę która ewidentnie czasy świetności ma już za sobą.

Poza starymi oloroso, miałem także sposobność spróbować prosto z beczki stare fino, amontillado, oraz bardzo stare PX, ale w ferworze dyskusji i degustacji, nie zrobiłem notek.

Gdzieniegdzie można w rustykalnej scenerii podziwiać stare wydania FdC.

No i powiedzcie mi – czy tu nie jest czarująco? Tak z ręką na sercu – kto nie chciałby się tu „zgubić” choć na jedną noc?

Była sherry – przechodzimy do brandy. W magazynie zaprezentowanym na powyższym zdjęciu dobrze widać jak parująca brandy osiadając na ścianach staje się pokarmem dla specjalnego gatunku grzybów obecnego w bodegach. Przez ten efekt, żółte niegdyś ściany sprawiają wrażenie bardzo brudnych, czy wręcz osmalonych. W niektórych zakładach jest ponadto bardzo dobrze widoczny wpływ wiatrów poniente, lub levante – wówczas zagrzybiała jest tylko jedna ze ścian, podczas gdy druga pozostaje nieskazitelnie biała.

Brandy od Fernando de Castilla są mocno odmienne od większości brandy z Jerez. Charakteryzują się leżakowaniem prawie wyłącznie w beczkach po sherry typu Amontillado, zamiast używanych zazwyczaj Oloroso, czy Pedro Ximenez. W beczkach po oloroso leżakuje jedynie najstarsza tutejsza brandy, 40 letnia Fernando de Castilla Unico. Sprawia to, że tutejsze brandy są sporo jaśniejsze niż zazwyczaj produkowane w małych bodegach bardzo ciemne gran reservy, a większy nacisk kładziony jest na charakterystykę samego spirytusu, niż na intensywny wpływ beczki. My jako miłośnicy takich harpagańskich, jebitnie ciemnych brandy de jerez nie jesteśmy tym zbytnio zachwyceni, choć jako ciekawi alkoholowego świata eksperymentatorzy chętnie damy szansę także i takiemu podejściu do brandy.

W trakcie pobytu tutaj, odmiennie niż w części bodegi poświęconej sherry, Marcelino postanawia pokazać mi nie te najstarsze, najdroższe beczki, a zamiast tego przejść przez cały proces dojrzewania destylatu. Venencia zanurzona zostaje więc po kolei w beczkach należących do trzeciej criadery, później drugiej, pierwszej i wreszcie – solery. Zabrakło mi tu jedynie świeżej holandy, ale chyba nie akurat nie mieli, jako że brandy de jerez destyluje się prawie zawsze w La Manchy, a w Jerez tylko leżakuje. Wracając do degustacji, było to bardzo pouczające doświadczenie ukazujące zmiany w destylacie wraz z każdą kolejną beczką i faktycznie dało się odczuć to co jeszcze w Sanchez Romate mówił mi Marcelino Senior, że główny wpływ dębu ma miejsce w kolejnych criaderach, a w solerze następuje głównie ugładzenie i uszlachetnienie końcowego produktu. Final touch, jak on to nazwał.

Na specjalnie ustawionym gdzieś w ciemnym rogu stoliczku, czekają już butelki tutejszej brandy z najstarszą Unico na czele. Nie będę za wiele zdradzał, gdyż brandy z Fernando de Castilla pojawi się na naszej degustacji brandy de jerez bardzo niebawem. Mogę napisać o tych młodszych które się nie pojawią, a więc solera reserva i Petersen (przeznaczonej jeśli dobrze pamiętam na rynek skandynawski). Nie wszystko złoto co leży w beczkach po sherry. Te dwie akurat były dość młode i nieszczególnie ciekawe. Ciekawe natomiast były te oznaczone jako Solera Gran Reserva i do nich wrócimy.

Na koniec jeszcze wspólne zdjęcie z Marcelino i jego venencią , po czym wracamy na klimatyczny, kameralny dziedziniec.

Bodega posiada też visitors centre. Goście którzy właśnie próbowali sherry i brandy prosto z beczek mogą na sam koniec dla odmiany napić się gotowego, zabutelkowanego produktu, oraz – naturalnie – wejść w posiadanie butelki, dokonując transakcji nabycia drogą kupna za pieniądze 😉 Na barze jest tu większość sherry, a także trochę brandy i ciekawostek.

Na kontuarze dumnie prezentuje się cała gama Antique, oraz kilka starszych brandy.

W ramach przystawki, możliwość porównania dwóch fino. Klasycznego, oraz z serii Antique. Do tego tradycyjne tapas w postaci tutejszych krakersów i soczystych oliwek. Tym razem postanowiłem w pełni oddać się lokalnemu folklorowi i zamiast beznamiętnie wynotowywać kolejne deskryptory, chłonąć całym sobą te chwile. Zresztą, już ze zdjęcia widać, że fino z serii Antique posiada dużo głębszy, złocisty kolor. Swoją drogą, oliwki naprawdę fenomenalnie łączą się z rześkimi fino i manzanillą. Chyba moim ulubionym połączeniem i jednocześnie odkryciem wyjazdu było sparowanie lekko słonej manzanilli, przełamanej pikantnymi oliwkami w takiej charakterystycznej, pomarańczowej zalewie (których niestety nie udało mi się znaleźć w żadnym sklepie w Polsce, z butikami z przysmakami śródziemnomorskimi na czele).

Następnie wjechało Palo Cortado (to które mogłoby mieć już certyfikat VOS). I tu już trochę żałuję, że nic nie ponotowałem.

Palo Cortado miało być ostatnim spróbowanym winem, gdyż czas gonił i kolejna bodega już czekała. Marcelino jednak koniecznie jeszcze chciał zaprezentować tutejszy wermut. Z tego co pamiętam był mocno przyprawowy, ale rześki i orzeźwiający, zdradliwie łatwo pijalny. Idealny do sączenia w tamto 20-kilkustopniowe wczesne popołudnie.

W ten sposób kończymy niezwykle udaną wizytę w Fernando de Castilla. Jak już wcześniej napisałem, indywidualne oprowadzanie to jest to. Żałuję, że nie mogę spędzić tu więcej czasu, ale trzeba pędzić do Sandemana. Na szczęście Jerez jest niewielkie i do kolejnej bodegi jest jakieś 10 minut marszu.

Aleksander Tiepłow

One thought on “Wizyta w bodedze Fernando de Castilla

  1. Super wycieczka widzę, mega zazdroszczę. Mi to się marzy wypad do Szkocji i tam degustacja najlepszych Whisky. Wszystko mam nadzieje przede mną.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *