Trzecia i ostatnia bodega odwiedzona przeze mnie w El Puerto de Santa Maria. Najmniejsza z tych trzech, Gonzalez Obregon. 

Przed lekturą, zachęcamy do zapoznania się z artykułem teoretycznym na temat sherry, jak i z relacją z wcześniej odwiedzonych bodeg, jako że było tam sporo informacji na temat sherry, których nie będę już tu po raz kolejny wykładał.

A teraz już o Gonzalez Obregon.

Bodega założona została w 1935 przez Jose Luisa Gonzaleza Obregona. Przedsięwzięcie okazało się sporym sukcesem, więc Jose otwierał kolejne magazyny. W 1947 otworzył miejsce znane jako Taberna Obregon, będące dziś najważniejszym punktem kojarzonym z sherry Obregon. Zakład wciąż pozostaje w rękach tej samej rodziny.

Oprócz butelkowania pod własną marką, Obregon wciąż działa jako almacenista (dostawca) dla dużego zakładu Lustau z Jerez de la Frontera (tam też będziemy 😉 ). Następujące sherry Lustau zostały wyprodukowane przez bodegę Gonzalez Obregon: Fino del Puerto, Amontillado del Puerto, oraz Oloroso del Puerto.

Widok na główne pomieszczenie. Jak widać, miejsca jest tu niewiele, przez co zakład wydaje się na pierwszy rzut oka raczej barem, niż klasyczną bodegą. Nie znajdziemy tu wielkich katedr, rzędów beczek ustawionych aż po horyzont, czy zorganizowanych grup wycieczkowych. Jest za to tradycja, pasja i mnóstwo lokalnego folkloru.

Oto serce bodegi. I jednocześnie jej znaczna większość. W każdej z tych beczek jest inne sherry, co udowadnia, że mimo małych rozmiarów, Obregon działa całkiem prężnie. Bezpośrednio pod kranami widać miski jak dla psa, które są po to, żeby sherry skapując z kranu, nie brudziło podłogi.

Jak już pisałem, pomimo małego rozmiaru bodegi, oferuje ona bardzo szeroki przekrój przez gatunki sherry. Podczas mojej wizyty nie spotkałem jedynie palo cortado (choć podobno czasem się pojawia).

Na „criaderze” ustawionej w salce, położono jeszcze mniejsze beczki, z których polewa się tutejsze najstarsze wina. Aktualnie lało się Pedro Ximenez, oraz Amontillado (widoczne na zdjęciu). Z moim hiszpańskim na poziomie „Kali chcieć jeść” (choć Profi Lingua dumnie twierdziła, że jestem już 38% fluent in spanish) dowiedziałem się, że te wina mają średnio po 20 lat, a więc teoretycznie mogłyby uzyskać certyfikat VOS. O właśnie, o dogadaniu się po angielsku niestety raczej trzeba tu zapomnieć.

Pomieszczenie ocieka wręcz różnymi pamiątkami związanymi z El Puerto, a także z corridą. Na ścianach wiszą plakaty, na beczkach postawione są zdjęcia sławnych torreadorów, ich popiersia, lub figurki byków. Wyeksponowane są ponadto stare butelki z Obregon. Część nawet była na sprzedaż (choć oczywiście znacznie drożej niż z beczki). Całość sprawia trochę wrażenie bycia tabanco – odmianą lokalnej, tradycyjnej knajpy lejącej sherry z beczek, endemicznej dla Jerez de la Frontera. To odczucie dodatkowo wzmacnia fakt, że na miejscu można zjeść posiłek, albo zamówić tapas (niestety jedynie w weekendy). Wielka szkoda, bo o tutejszym pollo al pedro ximenez (kurczak w px) słyszałem bardzo dużo dobrego i to z kilku źródeł.

Bodega posiada także swój „ogródek piwny” (sherrowy?), choć prawdopodobnie stwierdzenie to jest pewnym nadużyciem. Ot, wystawione są trzy puste beczki przykryte sklejką, która ma pełnić funkcję blatu. Lokalsi zakupiwszy dwa litry fino na wynos stają przy tym, wypijają dodatkowo kieliszek cięższego sherry na miejscu i idą dalej w swoim kierunku.

To zdjęcie wygląda trochę jak plakat reklamowy do jakiegoś filmu. Niech ktoś doda za mną eksplozję.

Tradycyjnie już, bieganie jak debil od beczki do beczki i pstrykanie zdjęć każdemu kieliszkowi każdego kolejnego sherry wzbudzało niemałe zainteresowanie wśród tubylców.

To ceny na miejscu. Nie, nie za kieliszek. To za litr. Tak, litr fino kosztuje tyle samo co 0,5L kraftowego IPA w knajpie w centrum Warszawy, albo kufel zwykłego koncerniaka na przykład w Berlinie. Z kolei 20 letnie sherry można kupić za tyle, ile w Warszawie kosztuje 0,3L barrel aged risa (co prawda z tych bardziej ceniących się browarów), który beczkę widział najwyżej kilka miesięcy.

Jak widać, butelkowanie odbywa się bardzo ręcznie.

Nie trzeba brać od razu litrowej butelki, każde sherry jest sprzedawane także na kieliszki. Ceny? 1€ za sherry bazowe i chyba 1,5€ za wersje Viejo. Leje się tu jeszcze piwo, ale właściciel wyraźnie zaznaczył, żeby lepiej go nie brać i skupić się na sherry. Mnie nie trzeba dwa razy powtarzać.

Zaczynamy degustację. Oczywiście na początek te lżejsze sherry. Mosto się niestety skończyło, zaczniemy więc od fino.

Fino – klasyczny, lekki, orzechowo drożdżowy profil z nutką siarki. Do żłopania.

Fino en Rama – wyraźnie trawiaste, z lekko metalicznym posmakiem, drożdżowe i dość pełne. Może być.

O sherry en Rama wspominałem już przy okazji wizyty w Gutierrez Colosia. Są to po prostu sherry nie poddane filtracji, taki odpowiednik non chill filtered whisky. Są one rzadkie, przez miejscowych bardziej poważane i właściwie niedostępne poza trójkątem sherry z niewielkimi przyległościami.

Manzanilla – wyraźnie słonawa, ale jednocześnie lekka, o wiele bardziej wodnista od fino en rama. Jednakże wciąż posiadająca więcej ciała niż zwykłe fino. Może być.

 

Czas na dojrzewanie mieszane. Mamy tu dwóch reprezentantów w ramach jednego stylu:

Amontillado – już znacznie bogatsze. W aromacie słodkie, krówkowe, kremowe, w smaku wytrawniejsze, nieco zielone, drożdżowe i orzechowe. Jeśli ktoś będzie na miejscu, polecam. Dobre!

Amontillado Viejo – tu dopiero jest bogactwo. W podobnie ciekawy sposób łączy słodycz z wytrawnością, natomiast aromat jest bardziej złożony, a smak dodatkowo drewniany, ściągający. Bardzo dobre!!

W międzyczasie taką ładną konstrukcję z copitas ustawił mi do zdjęcia właściciel bodegi.

I wreszcie dojrzewanie oksydacyjne.

Oloroso – bardzo gładkie. Wysoce żłopalne, pełne w pierwszym smaku, by na finiszu odsłonić wodnistość i ulotność. Zapach piękny, z dominującą nutą czekolady, trufli, orzechów, wafli, cukierków Michałków. Dobre!

Cream – znowu z blended sherry nie chciało mi się nic zanotować, jak i zupełnie go nie zapamiętałem :/

Moscatel – profil jabłkowo-kwaskowy, herbaciany. Zielona Nestea bardzo, słodka w smaku, sok z białych winogron z kartonu, napój aloesowy. Ogólnie to dobre, ale trzeba przyznać, że mocno różni się stylem od klasycznego sherry.

Pedro Ximenez – w zapachu nie tak chamsko słodkie jak zazwyczaj px bywają. Głównie czekoladowo-rodzynkowy. W smaku mocno gęste, nalewka na daktylach.

Pedro Ximenez Viejo – mniej lepkie i syropowate. W zapachu jakieś delikatne popioły, w smaku pojawiają się kwaskowe wtręty. Podobnież co w młodszej wersji, nad całością dominują suszone daktyle. Dobre!

Gdy przyszło do brania wina na wynos, to oczywiście rzuciłem się na te najstarsze rzeczy. PX udało się przywieźć do domu, Amontillado wypiło się w 2 dni. Trzeba było kupić więcej…

Bodega posiada także w swojej ofercie brandy. Albo raczej posiadała. Zostały dwie bardzo zakurzone butelki, które napełnione były – o ile dobrze zrozumiałem – pół wieku temu. Mimo, że to jedynie solera (najmłodsze oznaczenie brandy de jerez), to nawet dawała radę.

Gonzalez Obregon, Obregon Solera, 38%

Nos: pachnie waniliowo, karmelowo. Mocne toffi, trochę zielono, drewniano, utleniono. Skręca nieco w stronę rumu.

Smak: słodkawa, koniakowa, brązowy cukier, trzcina cukrowa, potem głównie cynamon i jabłka, zakurzone dechy. Jakaś warstwowość się kluje! No i jest ten specyficzny „smak starej butelki”.

Finisz: wanilia, pieprz, jabłka.

Wnioski: ciężko coś tu napisać. Jest to brandy dobra i niedobra jednocześnie. Patrząc na to, że jest to jedynie solera, to czapki z głów, bo w niektórych gran reservach nie było takiej złożoności. Z drugiej strony, to wciąż jest solera i to nie z ciemnych beczek, więc powyżej pewnego pułapu raczej się taka brandy nie wzbije.

Ocena: 3/10

„Chyba chcę się przeprowadzić do Andaluzji.”

Przyznam, że robienie porządnych notek w tak arcyciekawych warunkach okazało się nad wyraz trudne.

„Tę beczkę chcę. I tamtą też.”

Na całość bodegi, poza jednym pomieszczeniem prezentowanym powyżej, składa się jeszcze drugie, podobnej wielkości. Normalnie jest ono niedostępne dla klientów, stanowi zaplecze i niewielki magazyn beczek. Widząc jednak moje żywe zainteresowanie tematem sherry, właściciel sam mnie tu zaprowadził, a następnie zostawił samemu sobie, bym mógł porobić zdjęcia, powąchać wino wprost z beczki, oraz oddać się kontemplacji starego amontillado w tutejszym zaciszu.

Jak na tradycyjną bodegę przystało, znaczna większość beczek jest podpisana przez ważnych odwiedzających.

Również i tutaj – mimo że jak wspominałem nie jest to pomieszczenie wystawione na widok publiczny – nie brakuje scen walk z bykami, czy starych plakatów reklamujących lokalną ferię. 

To tyle. Podsumowując w dwóch zdaniach, Obregon pozostaje jednym z najmilej wspominanych przeze mnie miejsc całego wyjazdu. Mimo małego rozmiaru, trudności z komunikacją, czy faktu że najlepsze sherry miałem wypić gdzie indziej. Zauroczyły mnie pełne lokalnego folkloru wnętrza, niezłe wina w bardzo niezłych cenach, oraz tradycyjne podejście. No po prostu przez chwilę czułem się traktowany jak miejscowy, a nie kolejny turysta do szybkiego przegonienia przez zakład wprost do fantazyjnego sklepiku. Kto zjawi się w El Puerto, gorąco polecam odwiedzić to miejsce.

Bodega Gonzalez Obregon była ostatnim punktem naszej małej wycieczki po El Puerto de Santa Maria. Następny przystanek: Jerez de la Frontera.

Aleksander Tiepłow

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *