W końcu rozpoczynamy relację z wyjazdu do Jerez. Przy czym zaczynamy nie od Jerez 😉 Pierwsza z czternastu bodeg, które Wam pokażemy to niewielki, niezależny zakład położony w El Puerto de Santa Maria. 

Zwiedzanie Andaluzji pod kątem sherry-brandy zaczynamy dość niekonwencjonalnie. Do najbardziej znanego z produkcji sherry Jerez de la Frontera (w końcu temu miastu wino zawdzięcza swą nazwę) pojedziemy później, a zaczynamy w El Puerto de Santa Maria. W mieście znajdują się jedynie 4 bodegi: ogromny zakład Osborne, niewielkie Grant i Gutierrez Colosia i maleńka Gonzalez Obregon. Zaczynamy od wizyty w trzeciej z nich. Potem zwiedzimy jeszcze Obregon i spróbujemy produktów z Osborne.

Gutierrez Colosia chwali się byciem bodegą położoną najbliżej oceanu Atlantyckiego (nie wiem, czy któryś zakład z Sanlucar nie jest bliżej). Dzieli ją od niego zaledwie jeden kilometr. Jakby tego było mało, tuż obok (naprawdę, wystarczy przejść ulicę) płynie leniwie rzeka Guadalete. Co ciekawe, jej stare koryto, albo jakaś jej podziemna odnoga, jeszcze w XIX wieku biegła dokładnie pod bodegą.

Bodega Colosia została założona w 1838 roku. W latach 20 XX wieku, jej właścicielami została rodzina Gutierrez, stąd dzisiejsza nazwa. Przez dziesięciolecia zakład służył jako dostawca sherry dla największych marek (takie coś nazywa się w Andaluzji almacenista). Dopiero w 1998 zaczął butelkować pod swoją własną nazwą.

Bodega organizuje zdaje się tylko jeden rodzaj wycieczek – tour bazowy, który kosztuje 10€ (uczciwie przyznam, że dzięki blogowi wszedłem za darmo).

Przed lekturą, zachęcamy do zapoznania się z naszymi artykułami prezentującymi podstawową wiedzę na temat sherry i brandy de jerez:

Wchodzimy?

Główny hol nie jest zbyt przestronny, a większą jego część zajmuje recepcja łączona ze sklepikiem, czyli biurko przy którym siedzi kobieta i polewa na wynos sherry z beczek ustawionych za jej plecami. Plusem jest zdecydowanie cena – nie pamiętam ile kosztowały fino, które zawsze są najtańszym gatunkiem (pewnie w okolicach 3,5€ za litr), ale za oloroso daliśmy 5,5€. Minus taki, że trzeba wziąć minimum 2 litry.

Z boku, za szybką dumnie stoi pełne portfolio bodegi.

Jest i brandy. Bodega produkuje dwa rodzaje brandy de jerez – solera reserva Vespucci i solera gran reserva Elcano. Obydwie nazwane na cześć odkrywców w służbie Hiszpanii. Amerigo Vespucci na przełomie XV i XVI wieku badał wybrzeże Brazylii, odkrył jezioro Maracaibo, ujście Amazonki, a także – na podstawie obserwacji palafitów wzniesionych przez miejscowych Indian, które skojarzyły mu się z Wenecją – nazwał obszar nowego lądu Małą Wenecją, Wenezuelą. Ponadto, to od jego imienia pochodzi nazwa kontynentu – Ameryka. Juan Sebastian Elcano był kapitanem jednego z pięciu statków (Concepcion) wyprawy Magellana dookoła świata. Po jego śmierci, został kapitanem galeonu Victoria, na którym – wraz z 18 członkami załogi (z początkowych 270) – powrócił ostatecznie do Sanlucar de Barrameda, będąc pierwszym człowiekiem który faktycznie opłynął świat. Na zdjęciu ta druga, bardziej prestiżowa edycja. Oho, chyba nas w końcu wpuszczają…

…i oto jest! Jestem w pierwszej bodedze. Setki beczek spokojnie dojrzewają w przestronnym magazynie. To co uderza najbardziej to zapach. Charakterystyczny aromat bodegi. Nie sposób go opisać temu, kto w żadnej nie był. A jest to zapach nad wyraz przyjemny. Piwniczny, ziemisty, dębowy, winny, nieco zmurszały. Miesza się zapach starych beczek, ziemistej podłogi, wilgotnych ścian, wreszcie samego, parującego wina. Coś jak nie przymierzając Glenfarclas z lat 60, tylko lepiej – intensywniej i cały czas. Do tego przyjemny chłód w kontraście do żaru lejącego się na zewnątrz.

Budynek faktycznie trochę przypomina gotycką katedrę. Albo szereg zadaszonych akweduktów 😉 Budynki pochodzą z 1838 roku, więc właściwie są zabytkowe.

I jeszcze ujęcie łuków z innej perspektywy. Dopiero stąd widać jaki ten budynek jest rozległy.

System Criaderas y Solera. Wprawne oko między beczkami dostrzeże wąż, służący do przepompowywania wina z beczki do beczki, lub na linię rozlewniczą. Tak na oko, w magazynie jakieś 90% stanowią solery Fino.

Pierwszy przystanek jest własnie przy tych beczkach. Prowadzący opowiada przez około 20 minut podstawowe informacje na temat sherry (mniej więcej to co w naszym artykule 😉 ). Ponadto, bardzo podkreśla, że Gutierrez Colosia to jedna z ostatnich bodeg będących wciąż w posiadaniu jednej rodziny, a nie którejś korporacji.

Udało się też znaleźć solerę oloroso. Tutaj zbliżenie na dekiel celem objaśnienia oznaczeń. Nie ma co prawda napisane na tej beczce, czy jest to solera, czy któraś criadera (prawdopodobnie ta informacja była podana na którejś beczce obok), ale mamy strzałkę wyznaczającą kierunek. Oznacza to, że jest to beczka nr 1 z 42 w którejś criaderze, lub solerze. A strzałka wskazuje kierunek ułożenia kolejnych beczek w tej „klasie”. Obok strzałki mamy napisane „30@”, a co to oznacza, wyjaśnię kilka zdjęć niżej.

Nieodłączna część zwiedzania większości bodeg – beczka fino ze szklanym deklem. Możemy sobie obejrzeć flor (który normalnie powinien być kilka razy grubszy), stwierdzić że faktycznie nie jest dziurawy i podziwiać kolor wina. Ten jakby piasek na dole – to akurat odwiedzający nas piwiarze będą wiedzieć – to warstwa martwych drożdży. Hiszpanie nazywają to cabezuela i twierdzą, że wzmacnia smak i kremowość fino.

Więcej technicznych detali – pamiętacie to zagadkowe 30@ na oznaczeniu beczki? Ten wielki dzban nazywa się arroba. Mieści 16,6l i w przeszłości służył do mierzenia ilości wina w beczkach, oraz (albo raczej głównie) do przenoszenia go pomiędzy criaderas i solerą. Oznacza to, że w przypadku naszej beczki, aktualnie leży w niej 30 arrobas oloroso. Czyli 498 litrów. Zapomniałbym, w bodegach ilość arrobas w beczkach najczęściej oznacza się właśnie znaczkiem „@”. Oczywiście teraz mierzenie i przenoszenie odbywa się automatycznie, ale stare oznaczenia pozostały.

Za to ten pojemnik nie pamiętam do czego służy (być może w ogóle nie zapytałem), ale pamiętam, że jego pojemność jest tożsama z arrobą. Być może służył więc do tego samego celu.

Chyba chcę tu zamieszkać…

Przenosimy się do pomieszczenia w którym leżakuje brandy. Jest dużo mniejsze, beczki leżą tylko po obu stronach jednego korytarza.

Beczki z brandy Elcano. I kolejna mała tradycja każdej bodegi. Gdy ktoś znany, bądź ważny odwiedza zakład, doznaje zaszczytu podpisania się kredą na beczce. Po latach bodegi chwalą się i wystawiają w głównych holach beczki z podpisami koronowanych głów, znanych piosenkarzy etc.

Beczki są używane właściwie aż nie rozpadną się ze starości. Na zdjęciu beczka która już chyba dochodzi swych dni. Przy okazji, kolejny techniczny detal – wycieki łatwo zauważyć na beczce pomalowanej na czarno. Z tego powodu, consejo regulador nakazuje bodegom malowanie ich na taki właśnie kolor.

Na artystyczne zdjęcie mnie wzięło…

A tu wąż w akcji. Brandy jest przepompowywana między criaderami, z pierwszej criadery do solery, lub z solery na linię butelkową. Albo też z tanka do ostatniej criadery. W każdym razie, brandy to ostatni przystanek na trasie, więc pora na najprzyjemniejsze 🙂

Degustacja. Sześć copitas sherry. Jedyne czego nie ma na tacce to palo cortado, a także starych vorsów (których też notabene nie widziałem w sklepiku bodegi, znalazłem tylko info w sieci, że kiedyś były). Także do spróbowania są: fino, amontillado, oloroso, moscatel, cream i pedro ximenez. Przy okazji, na podkładce zasugerowane są tapasy odpowiednie do poszczególnych gatunków sherry.

Co do notek, to są one na tyle szczegółowe na ile pozwalały czas i atmosfera degustacji. Ponadto, jako że blogerem od wina nie jestem, skalę 1-10 dla sherry odrzucam, gdyż szczerze mówiąc nie czuję się na siłach ją tu stosować. Raczej będę podsumowywał poszczególne wina słowem wrażenia. Do dzieła!

Fino – z dziwną, szmacianą nutką, trochę bardziej słone i pełne w smaku niż klasyczne fino. Ponadto trochę aromat chemii łazienkowej. Motywy zielone, tropikalne, roślinne, jod. Na kwaskowym finiszu mamy delikatną, przyjemną siarkę, solankę, tropikalną roślinność. Może być.

Amontillado – cudownie słodko-słone. Miód, orzeszki z solą, słony karmel. Jak na amo, zaskakująco dużo smaku. Wyraźna kremowość w porównaniu do innych amontillado. Po kremowym, orzechowym smaku, finisz cierpki i kwaskowy, co sprawia, że chce się wziąć kolejny łyk. Dobre!

Oloroso – pojawiają się aromaty znane w niektórych whisky 😉 Jest drewno, są te głębokie motywy skórzaste, przyprawy. Dość mocno ściągające w smaku, ale też dość kremowe, drewniane, z suszonymi owocami na finiszu. Może być.

Cream – w zapachu dominuje px. Po wręcz zalepiającym aromacie, smak okazuje się zaskakująco wodnisty. Mieszanka olorosowej goryczy, bo tylko to z oloroso zostało, konkuruje z dość chamską cukrowością pedro ximenez. Kwaskowy finisz i trochę posmaków tytoniowych. Generalnie poprzednie były lepsze. Do żłopania.

Moscatel – uczciwie przyznam, że nic nie ponotowałem i nie zapadł mi w pamięć w ogóle, także oznacza, że do żłopania 😉 

Pedro Ximenez – w zapachu mało słodki, bardziej figowo czekoladowy. Mleczna i gorzka czekolada, Kinder czekolada. W smaku królują suszone daktyle i rodzynki, z pieprznym wtrętem. Jest ta fajna kremowa faktura, ale bogactwa to tu nie ma zbyt dużego. Finisz fajnie tytoniowy. Może być. 

Po degustacji sherry, polana została także brandy. Jak można się było spodziewać, ta bardziej pospolita, jedynie Solera Reserva. No, ale spróbujmy. Można się tu już pokusić o ocenę w skali 1-10.

Warto przed tym momentem przejrzeć inne nasze recenzje brandy de jerez:

Gutierrez Colosia, Amerigo Vespucci

Solera Reserva; 40%; cena – 20€

Nos: no nie jest to jedna z tych najciemniejszych brandy. Królują gotowane jabłka. Francuskie koniaczki, jasne sherry, orzechy, mieszanka studencka, pestki.

Smak: młódkowe klimaty, jabłkowe, rodzynkowe, miodowe, orzechowe. Trochę chropowata z akcentami świeżego drewna.

Finisz: waniliny, drewno.

Wnioski: zupełnie nieskomplikowana podstawka, taka do picia bez kontemplacji. Przy niewysokiej cenie można rozważyć, choć pewnie znajdzie się coś ciemniejszego.

Ocena: 2/10

 

Udało mi się też spróbować brandy Elcano. Niestety był to tak symboliczny naparstek, że mogłem jedynie umoczyć czubek języka i stwierdzić że jest lepsza od Vespucci. Nie mogłem jednak określić o ile, nie mówiąc o sporządzeniu pełnoprawnej notki. No trudno, może kiedyś…

 

Wrażenia ogólne?

 

Sherry w większości była zupełnie w porządku. Moim faworytem zostało amontillado, z oloroso depczącym mu po piętach. Fino okazało się dość niecodziennym, choć wcale niezłym, idącym nieco w manzanillę. Z kolei PX nie był aż tak słodki jak większość win tego gatunku. Cream z kolei wydało się dobre co najwyżej na lód z pomarańczką, ale jak się miało okazać, mało która blended sherry wywołuje na mnie jakieś wrażenie.

Młoda brandy, zgodnie z przewidywaniami – jabłkowa, młódkowa, zielona. Dobra do żłopania z podgrzanej koniakówki, jeśli ktoś lubi te klimaty i tyle. Żałuję, że nie udało się porządnie spróbować Elcano, gdyż przyznam że trochę sobie po niej obiecywałem, a ponadto wydała się naprawdę dobra.

Podsumowując, jeśli ktoś będzie w El Puerto, wizytę w Gutierrez Colosia mogę generalnie polecić. Za 10€ wiedzy można trochę przyswoić, a degustacja jest przyzwoita.

W sali w której odbywała się degustacja wystawiana jest też niewielka kolekcja antycznych sherry.

Więcej staroci. Z różnych bodeg.

Poza sherry i brandy, Gutierrez Colosia produkuje też na przykład likier z ziaren kakaowca. Ciekawostka, choć oczywiście nie moja bajka.

W restauracji obok bodegi (Bespoke), do której poszliśmy na obiad po zwiedzaniu, mieli na stanie jeszcze Fino en Rama, które nie było zawarte ani w degustacji w bodedze, ani nie było go w sklepiku. Cena jakaś śmieszna, rzędu 1,5€ za copę (jakieś 100ml kieliszek). Podaję tu tylko jako ciekawostkę, bo już nie chciało mi się nic pisać, a czym jest sherry en rama opowiem już innym razem. W końcu trzeba już biec do kolejnej bodegi – Osborne!

Aleksander Tiepłow

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *