Po torfowych Ardbegu i Kilchomanie, czas skonfrontować ze sobą coś z przeciwnego bieguna – padło na łagodną Glenmorangie 10. W końcu to jedna z popularniejszych whisky single malt, dostępna nawet w dużej części sklepów osiedlowych. Dlaczego by więc nie sprawdzić, jak smakowała ponad dekadę temu i porównać z obecną?

O samej destylarni napiszemy nieco więcej przy okazji większego przeglądu innych whisky od Glenmorangie. Dziś skupimy się tylko na flagowej 10yo. Najchętniej kupowany single malt w Szkocji i jeden z najpopularniejszych na świecie. Zapamiętałem tę whisky jako bardzo łagodną, niewymagającą, o kremowej fakturze, bardzo dobrą aby wprowadzić nowicjusza w świat whisky słodowej. Przekonajmy się, czy dobrze zapamiętałem:

20161230_212153


Różnica w kolorze znikoma.

Glenmorangie Original (2014), 10yo, 40%

 

Whiskybase

20161230_210701

Nos: świeży, rześki, owocowy, głównie jabłkowy. Miód pitny, tanie żelki, sok jabłkowy z tłoczni. Dość mocno bezpłciowy, nie zapada w pamięć absolutnie niczym. W dodatku nie rozwija się. Także aromat jest niezwykle prosty, choć nie jakiś bardzo zły. Ot, generyczna, z metra cięta podstawka.

Smak: delikatna, wyczuwalnie młoda, zbożowa. Nutki gorzkawe, pieprzne. Landrynki, pestki winogron, cytrynowe albedo, płyn do naczyń i ponownie żelki. Nic się nie zmienia, ani nie rozwija, ale dobrze się to żłopie (choć Radek jest innego zdania, co chwila się krzywi 😉 ).

Finisz: cukier biały, mdły, suchy. Prościej się chyba nie da.

Wnioski: no nie są to degustacyjne szczyty; whisky na sam początek maltowej przygody i nic więcej.

 

Ocena: Radek – 1,5/10, Aleksander – 2/10

 

Glenmorangie Ten Years Old (2003), 10yo, 43%

Whiskybase

20161230_210653

Nos: prażone jabłka, miód pitny, nuta szmaciana. Trochę pestkowej goryczy, badyle, kurz. Aromat rozwija się bardzo powoli. Trochę ciekawsza od obecnej wersji, ale na tym samym, miernym poziomie. Przynajmniej jest „jakaś”.

Smak: wydaje się trochę lepsza ze względu na wyższą moc, 43%. Wyczuwalnie więcej ciała i słodowości, trochę goryczy, owocowość, pieprz. Do bólu prosta, lecz trochę bardziej konkretna od wersji obecnej.

Finisz: zielone jabłuszko, suche drewno, tabletki musujące.

Wnioski: nie wszystkie składowe tej whisky są pozytywne, ale przynajmniej się one tu pojawiają, dzięki czemu ta whisky jest choć trochę ciekawsza od obecnej wersji.

Ocena: Radek – 2,5/10, Aleksander – 2/10

 

Tu powinien się znaleźć akapit jakoś podsumowujący to porównanie, jakaś konkluzja, ale zwyczajnie… nie ma o czym pisać. Obydwie whisky są nijakie i bezpłciowe. Za starą wersją nie ma co się uganiać, a obecna nadaje się raczej do spróbowania jako pierwszy single malt, lub na prezent dla osoby nie siedzącej w whisky (z racji ładnej i eleganckiej butelki). Ewentualnie polecam zrobić to, co robią z tą whisky na festiwalach – przefiltrować przez skórki pomarańczy. Efektem będzie taki maltowy i nie aż tak słodki Grand Marnier. Oczywiście wartość degustacyjną ma to żadną, ale jest tak zwyczajnie bardzo smaczne.

Werdykt: różnica jest minimalna, na korzyść starszej edycji, ale szukanie jej jest raczej niewarte zachodu.

Aleksander Tiepłow

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.