Piąta edycja festiwalu whisky w Jastrzębiej Górze za nami. Zapraszamy na relację i krótkie sprawozdanie co warto było wypić.


Tegoroczny wpis chyba nie będzie tak długi jak w 2017. Nie wiem, czy organizator czytał mój zeszłoroczny wpis, ale obydwa punkty z kategorii „do obowiązkowej poprawy” poprawione w istocie zostały.

Zrezygnowano z nikomu nie potrzebnej ekskluzywnej wody dostępnej niestety w równie ekskluzywnej ilości, na rzecz rozstawionych (i to dość gęsto!) dystrybutorów wody. Mało tego, baniaki były wymieniane 😉 co zapewniało stałą dostępność wody do płukania kieliszków i nawadniania się. Dobra robota, brawo.

Podobnie zostało usprawnione rozwiązanie z książeczką z kuponami. Każdy kupon, oprócz upoważnienia do spróbowania wybranego drama na stoisku, (jeśli klient wolał) mógł obniżyć o 5zł cenę wybranego drama płatnego. Rozsądne rozwiązanie, zwłaszcza że w ramach dwudniowego biletu, książeczek dostawało się dwie. A przy dwóch, trzech „darmowych” dramach na stoisku w ogóle można było sobie spróbować czegoś fajnego, zamiast 4-6 średniaków/whisky kiepskich.

W tym roku zdecydowanie więcej wystawców chwaliło sobie obecność tej nieszczęsnej książeczki, zaznaczając jednak, że to rozwiązanie pasuje jedynie do imprez pokroju tej w Jastrzębiej Górze, na których spory procent odwiedzających stanowią niedzielni whiskopijcy, dla których smak whisky ma często znaczenie drugorzędne. Wciąż jednak uważam, że kupony powinny być w książeczce układane zgodnie z numeracją stoisk, a nie alfabetycznie. Byłoby to znacznie wygodniejsze, zwłaszcza dla wyżej wymienionych niedzielnych degustatorów (a nie: „mam tu na stoisku 3 whisky w degustacji, jeden kupon ma pan na początku, drugi w środku, a trzeci na końcu książeczki”).

Tak samo jak wciąż uważam, że należałoby pomyśleć o dobrej smyczy na kieliszek, oraz zakazać wstępu do namiotów ludziom z odpalonymi cygarami.

Z plusów podobnie nieodmiennie mamy bardzo sensownie zagospodarowany teren, oraz chyba wciąż najlepszą ofertę masterclassów wśród polskich festiwali. No i nie da się ukryć, że impreza cieszy się dużą popularnością. Wszystkie 7 tysięcy biletów zostało sprzedanych na kilka dni przed festiwalem.

Talisker na jakiś czas przejął kontrolę nad całą imprezą.

Paradoksalnie – patrząc na powyższe zdjęcie – uważam że w tym roku dopisała pogoda. Nie licząc piątkowego oberwania chmury (które w większości, jako chcący przyoszczędzić na noclegu i przyjeżdżający z Warszawy dopiero w piątek rano, ominąłem), pogoda do degustacji była dobra. Bądź co bądź przyjemniej degustuje się w temperaturze pokojowej i w cieniu, niż w 35 stopniowym skwarze pod gołym niebem.

Wieczorami na scenie odbywały się koncerty, a pod nią robił się spory tłum. Całe szczęście trochę się wówczas przerzedzało w namiocie i można było spokojniej pić whisky.

Po każdym dniu festiwalowym było z kolei afterparty. Pierwszego dnia oficjalną whisky był Ardbeg, drugiego Jameson. W obu przypadkach jednak organizatorem był Dom Whisky, a nie poszczególne brandy.

Pojawiłem się na jakiś czas na ardbegowej imprezie i cóż mogę powiedzieć… pomysł bardzo fajny, ale cenowo jednak przeginka. 35zł za drama Uigeadail?! Także pokręciłem się trochę, posłuchałem przez chwilę koncertu, spróbowałem nowego Groovesa, wziąłem koszulkę komitetową i poszedłem na piwo 😉

Skupmy się jednak nad tym czego i gdzie warto było się napić. A było trochę zmian:

Dom Whisky jak zwykle wystawił swoje stoisko z rarytasami, gdzie dużą część stanowiły białe kruki. Były wycenione raz lepiej, raz gorzej, ale dobrze że takie pozycje pojawiły się na oficjalnym stoisku organizatora. Planowałem tu wydać wszystkie kupony, ale tak się zagadałem z ludźmi, że nie zdążyłem.

Niejako w zastępstwie za Bestwhiskymarket, jako stoisko z arcyciekawym wyborem whisky, robił Murray McDavid. Ten niezależny dystrybutor znany jest ze swoich nietuzinkowych mieszanek, żenionych razem jeszcze na długo przed zabutelkowaniem. MMD przeszedł niedawno pod skrzydła Domu Whisky, toteż nie ma co się dziwować, że dostał miejsce w samym centrum głównego namiotu ze stoiskami.

Z dwudziestu kilku premier spróbowałem chyba większości. Poniżej wypisuję tych kilka które szczególnie zapadły mi w pamięć. Niekoniecznie te najlepsze, a raczej niecodzienne. Bardzo przyjemne były na ten przykład nowe whisky z linii Mission Gold, albo nowa wersja Burnside (Balvenie z niewielkim udziałem Glenfiddich), ale ich profil był jak to w whisky ze Speyside z beczki po burbonie – nihil novi. Z bardziej niecodziennych rzeczy, szczególnie warte uwagi były:

Righ Seumas II 2007 – dobry, a jak na dziesięcioletni blend to wręcz bardzo dobry. Wszystko się fajnie przeplata i nic nie dominuje. Nie ma się zresztą co dziwić, do zestawienia tej mieszanki użyto destylatów z każdego regionu Szkocji, oraz jedną grain whisky. Do Polski trafiła aż 1/10 światowej podaży tej whisky i z tego co wiem chyba się dość szybko rozeszła. Zresztą, w cenie 170zł za butelkę to nic tylko brać. 4/10

Righ Seumas l 2011 – ta sama mieszanka co poprzednia whisky, z tym że zamiast grain whisky, użyto młodej Caol Ili, a całość wlano na finisz do beczki po kraftowym burbonie Koval (na którego używanie MMD ma od jakiegoś czasu wyłączność). Kolor bardzo intensywny, w ciemno wręcz jak z beczki po sherry. Zapach cudownie głęboki, lepki, burbonowy. Pięknie stary (a spójrzcie na vintage). Smak już nie tak genialny, ale wciąż się broni. 5/10.

Ledaig 2001 – whisky o zapachu karkówki z grilla z sosami bbq i chili lime. Niezwykle intensywny aromat, aż się mimowolnie ze 3 razy obracałem i rozglądałem, czy przypadkiem ktoś obok nie przeszedł ze stekiem na talerzu. W smaku dodatkowo owocowo-dymowa bomba. Coś jednak te Ledaigi z początku milenium w sobie mają. Zasłużone 6 punktów.

Young and Old 2011 – blend 50/50 7 letniej Caol Ili i Peatside, oraz 30 letniego North British. Młode malty nadały fajnego charakteru, a stary grain przyjemnie ugładził całość. 4/10.

Invergordon 1987 – piękne, eleganckie sherry. Rumy, marmoladki, pralinki. Skojarzenie, którego nie mogę się pozbyć, to stara wersja Glengoyne 21, tyle że w cs. 5,5/10.

Port Dundas 1971 – aromat pięknie złożony, rumowy, tropikalny, waniliowy, floralny. W smaku już zupełny delikatesik, choć z tym samym profilem. Zwiewny, elegancki, a przy tym nie tak ordynarnie rumowy jak na przykład Invergordony z początków lat 70. Chyba jest to najlepszy single grain jakiego piłem. 6/10.

Air Leth 1988 – kolejny blend, tym razem Islay z Lowlandem. Wiadomo co dominuje 😉 i to w jakże dostojny sposób. Elegancka starość, morskość, tęgie klimaty zęz okrętowych, wodorostów i wody morskiej. Dodatek wody okazuje się być pomocnym, dzięki czemu ta whisky w ogóle nabiera takiej zwiewności, że przypomina jakiegoś malta z nie przymierzając lat 60. 6,5/10

Jak wspominałem, było tu jeszcze dużo dobrej whisky (np. blend prawie 30 letnich Bowmore i Laphroaig), ale nie jest to jednakowoż artykuł przeglądowy Murray McDavid. To może kiedyś się pojawi 😉 Konstatując, jeśli na którymś z kolejnych festiwali pojawi się MMD, zdecydowanie warto podejść. I to nie tylko ze względu na whisky, jako że ambasadorem marki w Polsce jest Rajmund Matuszkiewicz – moim skromnym zdaniem jedna z osób które najlepiej w Polsce znają się na szkockiej whisky. Zawsze warto się czegoś nauczyć.

Ex aequo pierwsze miejsce w moim wewnętrznym konkursie ciekawości stoisk przypada stoisku International Beverage. Głównie za sprawą naszego kolejnego człowieka w Szkocji, a więc Łukasza Dynowiaka. Zapowiadana już rok temu książka jego autorstwa ma się ukazać bardzo niebawem, więc pewnie z tej okazji trzeba będzie odgrzebać na blogu temat literatury podejmującej temat whisky. Ale właśnie, o whisky miało być.

Stoisko to destylarnie Balblair, Old Pulteney, An Cnoc i Speyburn, a więc grupa United Beverages. Dopiero co rebrandowany Old Pulteney, poza wszystkimi whisky z nowej linii, wystawiony został także w starej oprawie i to w wielu edycjach. Można było spróbować m.in. starych, oficjalnych 21 i 25yo, wyśmienitej rocznikowej edycji z beczek po Laphroaigu (z 1990), a także single caska z 1988, przeznaczonego na rynek amerykański.

Balblair z kolei rebranding przejdzie w przyszłym roku. Ma zmienić się prawie wszystko. Mam jednak nadzieję, że nie oznacza to zamiany na sztampowe 12, 15 i 18yo i że obecna linia wydań rocznikowych zostanie w jakiś sposób utrzymana. Do spróbowania było w Jastrzębiej około 10 różnych roczników, z czego najbardziej zapadły mi w pamięć 1997, 1990 i 1983.

Wartym odnotowania jest także pojawienie się wyjątkowo starego Speyburna, single caska z 1975. Klimaty marmolad z ciemnych owoców, werniksu, skór, to jest zdecydowanie to co lubię. 7 punktów jak nic.

Jako wisienka na torcie możliwość spróbowania new make’ów z Old Pulteneya i Speyburna.

Zaraz obok stoisko Pinot, gdzie również pojawiły się rzeczy zdecydowanie warte uwagi. Na przykład nowe Elements of Islay. Zwłaszcza wyróżniał się tu Laphroaig Lp8 – 20 letni destylat z beczki po Maderze. Owocowy, zadziorny, o smaku marmolad i popielniczki, mocne 6p. Niekoniecznie pozytywnie, ale wyróżniał się także niecodzienny nastoletni Ardbeg Ar8 przypominający w profilu raczej  upośledzonego Kilchomana. Jakiś taki kostropaty, bardzo zielony, wręcz łodygowy, bez ani grama ciała i słodyczy (3,5/10). Caol Ila i Octomore już z typowymi dla siebie profilami i bez niespodzianek. Miłą niespodzianką był Port Askaig 30yo, w dodatku w atrakcyjnej cenie (bodaj 30zl).

Także i u kolegów z M&P było sporo ciekawych whisky. O ile rok temu trochę sarkałem, że nie ma nic starego i mało rzeczy w cs, tak w tym roku już nie mam na co narzekać. Single caski Glenallachie w komplecie, Glenglassaugh z 1976, większość prywatnych edycji M&P, spory wybór destylarni klasycznie z M&P kojarzonych, a więc Kilchoman, Springbank, Glen Scotia itd. Nawet trochę Glendronachów się ostało. Rzuciłem się głównie na nieznane nowości.

Glen Scotia Campbeltown Malts Fest 2018 – leżakowana w peated port casks, czuć porto i ogólnie ładnie pachnie. Smak ok, delikatnie dymno winny, choć nieco zbyt ostry. Edycja, jak sama nazwa wskazuje, przeznaczona na festiwal whisky w Campbeltown 4.

Loch Lomond The Open – kremowa, charakterna, banzynowa, pieprzna. Podstawkowa, ale dobra i charakterna. Ta whisky z kolei dedykowana jest turniejowi golfowemu o tej samej nazwie. 3,5.

Bladnoch 2002 – już nie tak oldskulowy jak Bladnochy próbowane na Whisky & Friends, ale też ok. Słodziutki, cukrowy, zielony. 3,5.

Kilchoman Red Wine Cask – o wiele lepszy od ostatniej mało udanej wersji z beczek po Porto. Pełny, ciemny, dymny z leśnym owockiem. 4-4,5.

Na stoisku Grant’s, prawdziwą gratką była możliwość spróbowania przedwojennej whisky; destylowanej w czasach, gdy w USA szalała prohibicja, Piłsudski dopiero szykował się do zamachu majowego, a o Hitlerze jeszcze mało kto słyszał. Okazją do tego jest 120 rocznica wydania przez Williama Granta swojej pierwszej blended whisky. Standfast, bo tak się ta whisky nazywała, został wydany w 1898 roku (mimo, że obecnie na butelkach Grantsa widnieje data 1887 – data pierwszej destylacji w Glenfiddich, również założonej przez Granta). Sama butelka pochodzi z kolekcji Szymona Witkowskiego, znanego z Whiskyteam, a także z kolekcjonowania starych Grantsów.

Grant’s 12yo, bot. 1940 – z początku zdecydowanie dominuje charakterystyczny aromat starej butelki. Nieco metaliczny, mineralny, szklany. Następnie przez długie minuty bardzo niemrawy, zaczyna się otwierać dopiero po około kwadransie. Profil jednak wyczuwalnie blendowy, z wanilią, perfumami, zbożem. Warto dodać, że przez te wszystkie lata nie zwietrzała ani trochę. 4,5pkt?

O tej whisky jakoś dużo w polskim internecie nie widziałem, a okazała się wcale niezła. Z tym, że obiektywnie niezła, bo jak za 700zł to słaba 😉 przyjemny, słodowo-owocowy żłopak, bardzo grzeczny, ale w sumie taki jest target tej whisky. Tylko jakby kosztowała ze 3 razy mniej… 4/10.

Na stoisku Pernod Ricard moje największe zainteresowanie wzbudziły wcale nie whisky (bo te poza Glenlivetem 25 znam), lecz kilkadziesiąt buteleczek z aromatami, które każdy mógł sobie odkręcać i wąchać. Pomysłowa i ciekawa rzecz.

Macallan, po nieudanej serii „1824”, za sprawą nowych wypustów wraca trochę do swoich edycji sprzed paru lat. Wersję 12 letnią charakteryzuje leżakowanie w beczkach po sherry, więc faktycznie trochę powrót do korzeni. I ta jest ciekawsza i faktycznie warta spróbowania, bo wersja 15yo, mimo 3 lat więcej na etykiecie, raczej mnie niczym nie urzekła – ot, rozcieńczony bourbon cask jakich wiele.

Pojawiły się nowinki na stoisku Tullamore Dew, ale nie starczyło mi czasu aby spróbować. Następnym razem.

Na stoiskach dużych marek raczej bez większych zmian. Na niektórych były same podstawki, gdzieniegdzie pojawiło się coś ciekawszego, a kilka wystawiło naprawdę dobre butle.

Diageo jak zwykle okupowało rozległy teren przy głównym wejściu. Znane już z poprzednich lat deszczowe stoisko Taliskera, duże stoisko z serią classic malts i ostatnie z burbonem Bulleit. Wielka szkoda, że w tym roku nie pojawiły się Diageo Special Releasy, bo w poprzednich latach zawsze należały do najciekawszych whisky w Jastrzębiej Górze. W tym roku warto było spróbować Taliskerów 25 i 30 w dobrych cenach (dzieki czemu niestety się szybko skończyły i się nie załapałem  😉 ), oraz Lagavulina Distillers Edition.

Przechodzimy do egzotyki. Jakoś nie mogę się do tych Japończyków przekonać. Klimaty zleżałych pączków z różą, jakieś delikatne wiśnie, ale i motywy rzygowe. 2,5pkt. Niestety wynika z tego, że kierunek japoński został w większości wyeksploatowany, a te destylaty faktycznie warte uwagi osiągają dziś tak astronomiczne ceny, że warte uwagi pod kątem degustacyjnym być przestały. Cała reszta japońskiej myśli gorzelniczej jest bardzo często przehajpowana, a pod sukces tych kilku wysokiej jakości whisky, podpina się całą masę zwykłego chłamu, próbując usprawiedliwić wysoką cenę rzekomą jakością wszystkich destylatów z kraju kwitnącej wiśni.

Naked grouse. Czyli blended malt spod znaku Famous grouse. 12 letni blend Famous grouse wypadł bardzo dobrze w naszym ślepym teście whisky mieszanych 12 letnich. Wersja all malt przejawia podobny charakter, a zapowiadana cena, mająca wynosić poniżej stówki dodatkowo zachęca.

Na koniec spróbowałem jeszcze kolejnej piwnej wariacji Jamesona. Tym razem padło na IPA… z którego już niestety nie chciało mi się zanotować ani słowa, także poprawimy to przy którymś z kolejnych festiwali.

 

I jednak wyszło tak samo długo jak rok temu… No nic, widzimy się ponownie w Jastrzębiej Górze w 2019.

 

Aleksander Tiepłow

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *