Tempo wzrostu spożycia whisky w Polsce jest największe w Europie. Dlatego pewnie specjaliści z Chivas Brothers zdecydowali się na próbę swojego najnowszego dziecka właśnie u nas (i we Francji) zanim trafi na rynki wszystkich krajów europejskich.

Mowa tutaj oczywiście o Ballantines Hard Fired. Jest to whisky blended bez oznaczenia wieku (NAS). Od standardowej wersji Ballantine’s Finest ma ją odróżniać pewien zabieg w procesie produkcji polegający na dodatkowym mocnym opaleniu beczek. Z informacji prasowej możemy się dowiedzieć, że:

„Smak nowej Whisky Ballantine’s Hard Fired kształtowany jest poprzez leżakowanie whisky w podwójnie wypalanych beczkach. Cały proces rozpoczyna się który dokładną selekcją beczek po burbonie wykonanych z białego dębu amerykańskiego. W tych beczkach była już wcześniej starzona szkocka whisky. Zostają wypalone po raz drugi w procesie zwanym „hard firing” (w wolnym tłumaczeniu z ang. „twarde wypalanie”). Zaraz po procesie podwójnego wypalenia, beczki te napełniane są specjalnie przygotowaną partią blendu Hard Fired. Proces ten nazywa się finiszowaniem whisky i tylko część mieszanki bierze w niej udział. Finiszowanie w podwójnie wypalanych beczkach trwa maksymalnie do kilku tygodni i jest regularnie sprawdzane przez Master Blendera Ballantine’s Sandiego Hyslopa. (…) Dzięki tak zwęglonej beczce w jej wnętrzu tworzy się naturalna warstwa karmelizowanych cukrów, które wchodzą w reakcję z whisky. Rezultatem jest gładka, kremowa i subtelnie dymna whisky, z wyczuwalną nutą słodkiego miodu, soczystych czerwonych jabłek i pikantnej lukrecji.”

materiał prasowy

materiał prasowy

Brzmi obiecująco, męsko i smakowicie. A jak jest naprawdę? Proces zwany recharring, tutaj dostał fajną marketingową nazwę „hard firing”. Każda beczka jaka wpada w ręce gorzelników ma „kilka żyć”, najpierw jest w niej ten pierwszy alkohol, w tym przypadku bourbon, następnie beczka trafia do Szkocji, gdzie zalewana jest destylatem słodowym (single malt) i wtedy ma do czynienia z first fill. Jeżeli beczka jest dobrej jakości to będzie z tego single cask, jeżeli trochę gorszej, to się wymiesza z zawartością innych beczek tworząc dobrego single malta. Dalej beczkę napełnia się po raz drugi (refill lub second fill). Alkohol z takiego napełnienia ma szansę jeszcze zostać single caskiem, ale przeważnie idzie do kupażu i trafia do dobrego singe malta. Dalej przychodzi pora na trzecie napełnienie whisky (a w sumie to czwarte). 3rd fillem już w zasadzie nikt się nie chwali i głównie trafia on jako wypełniacz do podstawowych single maltów. Jeżeli beczka była dobra, to uda się jej zaliczyć jeszcze jedną rundę. Następnie taka wyeksploatowana beczka trafia do producentów blended whisky, którzy zalewają ją tańszą whisky mieszaną, która nie musi być tak bardzo aromatyczna jak jej szlachetniejsza siostra. Gdy z takiej beczki większość składników zostaje już wypłukana przez ente napełnienie, a jednocześnie beczka jest jeszcze w niezłym stanie (tzn. nie przecieka, nie ma grzyba a ścianki są jeszcze dostatecznie grube) to zawsze można ją jeszcze uzdatnić. Robi się przez heblowanie i/lub wypalanie zużytej warstwy. Dużo związków z beczki zostało już wypłukanych (estry  itd.)  ale w dalszym ciągu jest jeszcze sporo cukru i wanilin. Dodatkowe porządne opalenie skarmeralizuje cukry w głębszych warstwach drewna, uwolni waniliny, a gruba warstwa zwęglona będzie działać oczyszczająco i wygładzająco na młody spirytus. Krótko mówiąc, cudu z takiej whisky nie będzie, ale będzie całkiem przyjemna do picia. Nie jest to więc jakaś szczególna magia ze strony Chivas Brothers, a jedynie próba zutylizowania starych beczek i optymalizacji kosztów ubrania w całkiem zgrabny marketing.

Na razie whisky na próbę dostępna jest w Polsce i we Francji. Od marca trafi na wszystkie rynki i do travel retail (lotniska i promy). Producent chce ją pozycjonować ok 25% wyżej od standardowej wersji. W Polsce to ok 70zł.

Dobra. A jak to smakuje? Z jednej strony brzmi całkiem sensownie, z drugiej to tylko Ballantines, z trzeciej spodziewam się whisky prostej acz w miarę uczciwej, z czwartej ten napompowany marketingowy balonik rodzi pewne obawy. Mieszane uczucia w czwórnasób.

Ballantine’s Hard Fired, OB, 40%

Nos: nie da się ukryć, że to dalej tani blend. Zapach bardzo ziarnisty, zbożowy i oleisty. Poza tym pieczone jabłka, cynamon, paluszki z makiem i stara klepka. Nic szczególnego na razie. Zapach prosty i nie wyróżniający  się niczym, może tylko ciut bardziej ciepły i pieczony

Smak: W smaku dokładnie to, co producent zapowiada. Bardzo słodka i pieczona. Całe tony taniej waniliny i karmelu, przypalone ciastka owsiane, zużyte i suche drewno, popiołowa goryczka, imbir, lukrecja i korzenie. Dość przyjemna w odbiorze, słodka, ciepła, pełna i lekko pikantna.

Finisz: Słodki, alkoholowy i lekko popiołowy

Wnioski: Zapowiadano trochę podrasowaną balantynę  i to dostaliśmy. Whisky prosta do bólu, słodka i ordynarnie waniliowa. Całość kompozycji gra na 3 bardzo wyraźnych nutach bez żadnego dodatkowego akompaniamentu. Mimo ewidentnej ubogości pije się to bardzo fajnie. Nie ma tutaj mowy o wrażeniach degustacyjnych, ale do sączenia jest całkiem zacna i dobrze się z nią spędza wieczór. Lepiej po prostu nalać sobie dużo do szklanki i sączyć przez komputerem/konsolą niż na siłę kontemplować coś czego w niej nie ma i nie będzie. W tej roli Hard Fired sprawdza się świetnie. Co prawda będzie to dla konesera raczej guilty pleasure niż sensowny daily dram.  Czy warto dołożyć do zwykłego Ballantinesa 20zł? Raczej tak, zważywszy na to, że zwykłe blendy nie wyróżniają się absolutnie niczym, a tutaj mamy whisky która jest jakaś. Koneserzy słodkiego Jacka Danielsa będą szczególnie uradowani. Oceny nie daję, gdyż musiałaby być bardzo niska, a whisky przypadła mi na swój sposób i niewątpliwie bym ją tym skrzywdził.

Ocena: Brak 😛

Do tego Hard Fired nadaje się najlepiej

 

Radosław Janowski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *