Czwarta edycja największego festiwalu whisky w Polsce za nami. Odbyła się w dniach 13-14 października 2017r. Zapraszamy na naszą relację.

Idąc na WhiskyLiveWarsaw byliśmy nieco sceptyczni, przy czym nasz sceptycyzm powodowały dwie główne obawy – po pierwsze, że ponownie lokalizacja okaże się za mała, a po wtóre, że cenowo w tym roku w ogóle już odlecimy w kosmos. Na szczęście, obydwie się nie sprawdziły, ale o tym zaraz.

Miejsce

W tym roku zamiast znanej z poprzednich imprez sali w hotelu Courtyard by Mariott, zaproponowano nową lokację, hotel Sangate, nie tak znowu daleko położony od dotychczasowego miejsca. Podobno jest to już absolutnie największa lokalizacja w tej okolicy (3 razy większa niż sala w CbM).

Nowa hala, poza większą przestrzenią zapewniała naszym zdaniem również lepszy walor estetyczno-klimatyczny, niż skromna salka w Mariottcie (i nie śmierdziało w niej restauracją). Potężna przestrzeń została w dodatku zagospodarowana bardzo sensownie – właściwie sami byśmy lepiej tego nie zrobili. Whisky przy „centralnym placu” i w dwóch alejkach na środku, na rubieżach koniaki, rumy i whisky z krajów bardzo egzotycznych. Dodatkowo obok, obszerna, wydzielona przestrzeń zagospodarowana siedziskami, leżakami i otoczona małą gastronomią (kawa, kraftowe lody, suszone mięsa), stoiskami z koktajlami i tym podobnymi, słowem – fajna opcja na chwilowy chill-out. Na zewnętrznym, otwartym tarasie poważniejsza gastronomia „obiadowa” i strefa z cygarami. Ów taras oddzielony od głównej przestrzeni degustacyjnej opisywaną przed chwilą strefą wypoczynku. No po prostu wszystko zostało przemyślane i było tak jak być powinno. Plus dla organizatorów, brawo wy. Niewielkim minusem było co prawda ciasne wyjście z przestrzeni i tworzące się w związku z tym wąskie gardło, oraz skomplikowane wejście – niepozornymi korytarzami, windami jadącymi 300 lat i wąską klatką schodową, wyglądającą jakby jej jedyną funkcją była komunikacja dla personelu hotelu. Osobną rzeczą jest też estetyka samych stoisk. My byśmy wywalili te paździerze  i zamienili czymś przyjemniejszym dla oka, ale to już detale. No właśnie, detale…

 

Detale

Czyli po czym widać czy i jak mocno organizator się stara i jak bardzo wyciąga wnioski z niedociągnięć z poprzednich edycji. No więc poza nową przestrzenią, która zniwelowała ścisk, i bardzo sensownym jej rozplanowaniem, podobało nam się jeszcze kilka innych rozwiązań i udogodnień:

– kupony, a raczej możliwość ich zakupu w kasie sklepowej (a nie na wejściu), oraz u obsługi spacerującej między stoiskami. Uniknięto 50 minutowych kolejek, na które wielu sarkało rok temu.

– stoisko organizatora uginające się od whisky. Whisky niepospolitej i ciekawej należy dodać. Dominowały single caski od niezależnych dystrybutorów. Ponadto, dramy zostały bardzo sensownie wycenione. Pozytywne zaskoczenie tym większe, że przed festiwalem dało się słyszeć głosy, że organizator skupia się na promocji whisky miernej.

– sensowniejsze trunki. Odniosłem wrażenie, że w tym roku o wiele więcej było stoisk z alkoholami, które mogą wydać się fanowi whisky autentycznie interesujące – koniakami, rumami, burbonami. Osobiście marzą mi się jeszcze ze 2-3 stoiska z dobrym rumem (poziomem zbliżone choćby do Malteco/Malecon, które pojawiło się na WLW rok temu) i choć jedno z prawdziwą tequilą, gdzie serwowano by też wersję extra anejo. Miejsce jeszcze się znajdzie, także może za rok. Mniej za to było cudaków typu bimbry, wina musujące, czy kolorowe likiery. Tak trzymać, jest to właściwy kierunek.

– woda w dużej ilości na stoiskach. Dodatkowo dostępna woda w butelkach. Z tym zresztą WLW nigdy problemów nie miało, ale warto to podkreślać, bo nie wszędzie niestety jest to standardem.

– kieliszek na dobrej smyczy. Wiem, że to było już od dawna, ale jako że WLW jest pierwszym w Polsce festiwalem na którym dają porządną smycz, należy ten fakt przypominać aż do skutku.

– świadomość klienta również pomału się zwiększa. Widziałem bodaj jedynie 2 osoby, które nawaliły się do urwania filmu, co jak na te tysiące przewijające się przez salę hotelu Sangate jest uważam wynikiem bardzo dobrym. O poziomie klienteli jeszcze dodam słówko we wnioskach.

Dziegeć

Właściwie do bycia w pełni usatysfakcjonowanym (przynajmniej jeśli chodzi o sferę organizatorską), zabrakło nam dwóch rzeczy. Pierwsza z nich to wcześniejsze otwarcie w piątek. Warto by w tym względzie na przyszłość wziąć za wzór festiwale piwne. Otwierają się one pierwszego dnia około 14, kiedy to bramy wejściowe szturmują łowcy promocji i piwne świry. Otwierając imprezę o 17 niestety zawężamy ją do jedynie pięciu godzin, co jest czasem zdecydowanie za krótkim. Tak naprawdę zdążyliśmy jedynie na spokojnie obejść i zorientować się gdzie co jest i gdzie warto się udać, a już trzeba było powoli zaczynać myśleć o organizowaniu sobie taksówki do domu. Tymczasem w sobotę po wypiciu rzeczy najciekawszych, zostało mało czasu na trunki mniej zajmujące (ale które przy okazji też byśmy chętnie spróbowali). Efekt był taki, że do części wystawców po prostu nie mieliśmy czasu podejść. No i gdyby otworzono wcześniej, to po 17 nie byłoby problemu z  olbrzymią kolejką do wejścia.

Drugą rzeczą do poprawy powinna być oferta gastronomiczna. Tu również z gotowym rozwiązaniem na ratunek przychodzą festiwale piwne, gdzie zawsze na jakimś placu wejściowym, czy na tyłach imprezy stoi kilkanaście foodtrucków – duży wybór paśnika w umiarkowanych cenach to jest to co lubimy. Czy jest na to miejsce przy hotelu Sangate? Tego nie wiem, ale myślę że warto by takie rozwiązanie rozważyć, bowiem na tej edycji wybór był niestety niewielki, a ponadto było drogo. Nie mówiąc już o tym, że część dań skończyła się szybko, więc wybór jeszcze się zawężał.

Trzeci drobny minus jest tylko pośrednio zależny od organizatora. Zresztą też już piętnujemy to zjawisko od dawna, bowiem jest coraz powszechniejsze i to na prawie wszystkich festiwalach. Mianowicie, jeśli za wstęp płaci się ponad 100zł za dzień, to naprawdę można się powstrzymać od dodatkowego taksowania za whisky absolutnie podstawowe. Nie wiem, czy chodzi o promocję konkretnych pozycji, i dlatego były one „darmowe”, ale pobieranie kuponów za whisky takie jak na przykład Bunnahabhain 12 jest śmieszne. Tym bardziej, że nieraz niedaleko było stoisko na którym w cenie biletu można się było napić całkiem konkretnych pozycji (na kilku nawet single casków).

Warsaw Whisky Awards

Nowość na edycji AD 2017. Po zgłoszeniu, whisky lądowały na stole jury, na które składało się 4 ekspertów – 2 z Polski i 2 z zagranicy. Drugą whisky sondowano wśród publiczności. Ostatecznie, panowie eksperci i publika wyłonili dwóch zwycięzców: Laphroaig z 1996 od Adelphi i oficjalnego Lagavulina 16. Czy to dobry wybór? Myślę, że tak. Wygrały whisky obiektywnie niezłe, choć na terenie imprezy pewno znalazłoby się coś lepszego od obydwu.  No i fajnie że nagrodami nie były ordynarne, z metra cięte statuetki do dostania w każdym sklepie sportowym, a porządne, jedenastokilowe i bardzo ładne kryształy wykonane specjalnie na tę okazję przez firmę Krosno.

Dziewczyny z Adelphi z trofeum i zwycięską whisky. Nagroda zdecydowanie zasłużona. Za całokształt dwuletniej obecności w Warszawie. Lag 16 również jest dobrą whisky, więc wybór całkiem trafiony. Gratulujemy zwycięzcom.

Wnioski?

Jest to chyba najdynamiczniej rozwijająca się impreza poświęcona whisky w Polsce. Widać to zarówno po frekwencji – przy trzy razy większej powierzchni, wieczorem i tak było dużo ludzi, po doborze trunków – który jednak z edycji na edycję wydaje się być coraz solidniejszy, jak i wystawców – odsiewaniu słabszych i niepasujących do whisky rzeczy, na korzyść większej ilości destylarni, ewentualnie ciekawych alternatyw. Jeśli dalej tak to będzie się rozwijało, to może za 2-3 lata, wzorem Warszawskiego Festiwalu Piwa, WLW będziemy gościć w loży VIP na stadionie Legii? 😉

Osobną sprawą jest świadomość konsumenta, która także wydaje się mocno poszła do góry. Oprócz faktu o którym wspomniałem już wyżej (było mało opojów), dało się zauważyć wzmożone zainteresowanie stoiskami ciekawymi. Może jeszcze nie Bestwhiskymarket, ale u Adelphi i Kavalana był właściwie permanentny tłum. Tymczasem po stoiskach różnych Makers marków, Grantsów i Danielsów przez większość dnia hulał wiatr. Co także się rzuciło w oczy, to fetyszyzowanie dark sherrówek, nawet tych kiepskich. Sytuacja zupełnie odmienna niż przed rokiem, gdy oblegane były te wszystkie bimbry w słoikach, whisky cynamonowe itp, do stoiska Adelphi podchodziła jedynie garstka fanatyków, a czarny jak noc Inchgower (dobry), dotrwał spokojnie do zamknięcia imprezy.  Także klient się powoli profesjonalizuje i wyrabia, co jest kolejną dobrą wiadomością na przyszłość.

Podsumowując, ogólnie wyszliśmy pozytywnie zaskoczeni, zarówno lokalizacją, jak i profesjonalizacją tak organizatora, jak klientów. Do poprawy zostało nie aż tak dużo, więc liczymy że za rok będzie jeszcze lepiej.

Whisky

Na sam koniec klasycznie krótka relacja co i gdzie próbowaliśmy i co (nie)polecamy.

Kto wypija ostatki… 😉 szkoda tylko że to chyba czwarte napełnienie beczki, więc wyszła whisky po prostu dobra – a status whisky po prostu dobrej, nie przystoi Glenfarclasowi +30yo.

Na wejściu stoisko organizatora. Zaskakująco dużo edycji single cask, głównie od Ian MacLeod, Duncan Taylor, czy specjalnych dla LMDW. Wzięliśmy kilka rzeczy na wynos, kilka spróbowaliśmy na miejscu. Okazjonalnie pojawiały się też resztki z masterclassów (patrz zdjęcie wyżej).

Jako rozbiegówka posłużyły nam głośne ostatnio single malty od Ballantine’s – 15 letnie Glenburgie i Miltonduff. Miltonduff mocno przeciętnie, ale Glenburgie już całkiem fajna – zwłaszcza że mówimy tu o whisky za 150zł.

 

Tak jak w zeszłym roku Adelphi swoją selekcją skradło serca wielu miłośników whisky, podczas tej edycji także stanęło na wysokości zadania. Zaprezentowano jeszcze więcej single casków niż w zeszłym roku, a zwieńczeniem kolekcji były ponad 30 letnie Cragganmore, Miltonduff i Teaninich. Spróbowaliśmy chyba wszystkiego, ale nie jest to miejsce na dokładne opisy (które też prawdę mówiąc nie wszystkie się zrobiły), więc napiszę tylko, że Radkowi najbardziej smakował ww. Miltonduff, a mnie, równie wiekowy Teaninich (obydwie w okolicach 6/10).

U Bestwhiskymarket – jak zawsze dużo dobrego.

U Diageo wiele edycji z ich licznych destylarni – znaczna większość już nam znana. Niepróbowaną wcześniej ciekawostką był 25 letni Auchroisk, whisky jak się okazało bardzo osobliwa. Rozpoczyna się łagodnie, typowo dla Speyside, kończy wręcz ben-nevisowo, z  akcentami zardzewiałych rur, stali i acetonów. Porządny dram.

M&P skupiło się jedynie na promocji destylatów z Loch Lomond i Glen Scotia. Wszystko już znane, zresztą zaledwie dzień wcześniej był ósmy salon, także na WLW przyszliśmy się tylko przywitać ze znajomymi wystawcami. 😉

Ardbeg i Glenmorangie raczej bez zmian – cała para idzie w ładne, efekciarskie stoiska i promowanie podstawowych edycji. Spróbowaliśmy więc jedynie nowej An Oa – taka trochę lepsza dziesiątka – i ruszyliśmy dalej. U Ardbega fajny patent z VR.

Kosmita z planety NAS.

Cieszy obecność i nowa oferta Murray McDavid (choć szkoda, że wiązało się to z brakiem edycji obecnych na przykład w Poznaniu pół roku wcześniej). Whisky jedynie kilka, ale za to dobrych – zwłaszcza Springbank z 1993 prezentował bardzo wysoki poziom; jednak co Springbank, to Springbank. 27 letni blend (albo raczej po prostu mieszanka Bowmore z Laphroaigiem w stosunku 9:1) również zapadał w pamięć – w ciemno powiedziałbym że to jakaś fajna torfowa podstawka z lat dawnych.

G&M wraz z Benromach także we właściwym kierunku – single caski, limitowane wydania, nieprzegięte ceny. O Benromach zresztą być może za jakiś czas będzie obszerniejszy artykuł.

Compass Box już w zeszłym roku przywiozło swoje podstawowe blendy – jak na blendy były one bardzo smaczne. W tym roku mieliśmy okazję napić się tych lepszych, bądź nowych – naprawdę fajną whisky okazała się pozycja o jakże przewrotnej nazwie „3yo Deluxe blend”.  90% stanowi w niej stary Clynelish, 9% to bodaj stary Talisker, a 1% to Clynelish 3 letni. Szkoda tylko że pani na stoisku – mimo zapłaconych kuponów – nalewała tak, że trunek ledwie przykrywał dno, i kategorycznie odmawiała dolania. No ale trudno, whisky w każdym razie dobra.

57 batch Abunadh raczej średni, ale 21 letni Glenlivet już był bardzo przyjemny – gładki, delikatny, elegancki.

Irlandia: mocno promowana przed festiwalem Teeling okazała się wcale niezła. Zwłaszcza wersje Revival i Single Cask z 2004 były ciekawe.

Przechodzimy do whisky „bananowych”, więc będzie już mniej przyjemnie. Jednakże, obok abominacji znalazły się także perełki. Których z edycji na edycję liczymy że pojawi się coraz więcej.

Zaczniemy od najbardziej znanych, więc Kavalan. Trzy Solisty (burbon, sherry, porto), ale szczerze mówiąc takie sobie. Solisty potrafiły pokazać sporo więcej, więc albo zdarzył się drobny wypadek przy pracy, albo zmęczenie materiału spowodowane olbrzymią popularnością destylarni. Za to rozcieńczona do 46% edycja sherry cask ponownie mnie zauroczyła intensywnym wpływem beczek. Bardzo dobra podstawka.

Podobnież znanego Amruta miałem w końcu okazję poznać bliżej. Jakoś wcześniej nie było nam po drodze i jedyne co degustowałem to pierwsza edycja Spectrum. A skoro już przy Spectrum jesteśmy, druga edycja została festiwalową whisky. Okazała się też whisky po prostu dobrą – o tak samo orzechowo-ziemistym profilu co wersja zeszłoroczna, ale z konkretniejszym wpływem sherry. Tak samo smaczną była edycja Greedy Angels, której nazwa wzięła się stąd, że w trakcie ośmioletniego leżakowania w indyjskim, gorącym klimacie, „anioły” wysysają 75% objętości beczek. Efektem jest whisky dojrzała, dość gruba, z wyraźnym burbonowym pazurem. 5 punktów, może ciut więcej (Spectrum tak samo). Dobrą okazała się jeszcze edycja Double Cask (burbon-porto), choć wielka szkoda że podano ją w 46%. Inne wersje Amrut były gorsze, lub lepsze, ale nie wspięły się już na poziom tych trzech wyżej wymienionych.

Intensywnie przed festiwalem promowana Puni okazała się niestety niezbyt dobra. Co prawda Puni Nero z beczek po pinot noir, miała nawet wyczuwalny wpływ owych winnych beczek, ale to tyle dobrego można powiedzieć. Reszta to niestety świeżynki.

Podobnie japońska Fuyu – w tym przypadku nazwa jest zasadna, bo whisky faktycznie była fuju. Nieco lepiej („nieco” stanowi tu słowo klucz) zaprezentowały się blended malty Kurayoshi, o etykietach stylizowanych na Yamazaki. W wersji Pure Malt Sherry finish tytułowej sherry zero; 18yo była ok, ale strasznie bezjajeczna; najlepsza była 12yo, taka podstaweczka do żłopania. Wobec słabości whisky, burbon, rum i tequilę na tym stoisku już sobie odpuściliśmy.

 

Floki… właściwie w ramach ciekawostki wspomnieć można, że pojawiła się limitowana edycja ze słodu suszonego owczym łajnem (jakkolwiek nazwę „Sheep Dung Smoked Reserve” uważam za dość groteskową 😉 ), bo edycja podstawowa strasznie marna*… Spokojnie mogłaby ona stawać w szranki z niedawno próbowanym Auchroiskiem 2010 i pewnie wyszłaby zwycięsko. Jeśli ktoś szuka whisky, którą można by w Sevres postawić jako wzór „0/10”, niech spróbuje bazowej whisky Floki: szmaciano-spirytusowo-rzygowe klimaty, niezapomniane.

* – żeby się ktoś zaraz nie przypieprzył – wiemy, że Floki butelkuje swoje wyroby jako single cask – jeśli jednak uznano, że coś takiego kwalifikuje się do zaprezentowania na sporej imprezie poświęconej whisky, to chyba słusznie mamy podstawę sądzić, że inne beczki mogą przedstawiać podobny poziom.

Malternatywy

jak wcześniej wspominałem, większość innych niż whisky produktów bardzo słusznie została wyrzucona na obrzeża imprezy. Kto miał chwilowo dość maltów, mógł w spokoju podejść do jednego ze stoisk z koniakiem, czy rumem. Jako że w tym roku chyba nic nie zwróciło naszej szczególnej uwagi*(najmilej wspominamy chyba starą Starkę), a do dużej części w ogóle nie udało się nam podejść, z tej części jedynie na koniec mała galeria.

* – szansę na to mają wiekowe, caskowe Dictadory, ale wobec braku czasu po prostu wzięliśmy je na wynos (tu należą się podziękowania koledze z bloga Cigar and Scotch, pozdrawiamy).

 

Aleksander Tiepłow

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *