Kontynuujemy wizytę w Jerez de la Frontera. Od razu po wizycie w Real Tesoro i Valdespino, swoje kroki skierowałem do bodegi Sanchez Romate. Zapraszam na relację.

Bodega została założona przez Juana Sancheza de la Torre w 1781 r. Po ponad stu latach działalności, w 1887 r. i już pod dzisiejszą nazwą, Sanchez Romate zainicjowała pierwszą solerę dla brandy. Początkowo była to brandy zupełnie prywatna, przeznaczona dla rodziny i znajomych, jednak to właśnie ta solera dała początek marce Cardenal Mendoza. Cztery beczki z tej pierwszej solery są dalej w posiadaniu bodegi.

Bodega w 1909 dostała tytuł oficjalnego dostawcy izby lordów, a w 1917 została oficjalnym dostawcą Stolicy Apostolskiej. Po dziś dzień jest w rękach tej samej rodziny.

Bodega leży około 1km od centrum Jerez de la Frontera, więc spokojnie można dojść na piechotę. Pewnym mankamentem jest, że chyba nie ma tu zorganizowanego zwiedzania (ja umawiałem się przez maila i chyba po prostu trzeba próbować).

Co do samego zwiedzania: przez przytulną recepcję (zdjęcia na górze) i niewielki dziedziniec, wchodzimy do magazynu z winem (powyżej widok tuż zza drzwi wejściowych).

Lwią część magazynu zajmuje oczywiście tutejsze Fino, czyli Marismeno.

Oprowadzać będzie Pan Marcelino Piquero, który pracuje jako dyrektor handlowy w Sanchez Romate od bez mała dwóch dekad. Na początek opowieść o historii bodegi, a także o walorach tutejszego sherry.

Po części teoretycznej oczywiście obowiązkowa praktyka.

Fino z solery z potężną dawką flor? Czemu nie!

W magazynie z sherry, owe wino lało się w tempie iście stachanowskim, niemniej każde kolejne było jeszcze lepsze od poprzedniego 😉 Nie nadążałem dopijać swoich porcji, nie mówiąc o spisaniu jakichkolwiek sensownych notek, więc tylko zrobiłem zdjęcia beczek z których próbowałem.

Degustacja sherry bezpośrednio w bodedze to naprawdę niezapomniane wrażenie – wzmacniane zwłaszcza charakterystycznym, bardzo przyjemnym aromatem „beczek po sherry”, unoszącym się tu wszędzie.

Poza romantycznymi magazynami i magicznymi opowieściami o winnicach, udało się nam podejrzeć także bardziej industrialną stronę bodegi – zautomatyzowane linie rozlewnicze i ustawione pod sufit pudełka gotowe przyjąć kolejną partię butelek.

W tutejszych magazynach leżakuje także whisky. Nie powiem, zbożna inicjatywa, ale po spróbowaniu wniosek jest jeden: niech Hiszpanie jednak pozostaną przy produkcji brandy, bo to im wychodzi znacznie lepiej.

Z drugiej strony, ta whisky była bardzo młoda, 3-5 letnia.

Aby przejść do drugiej części bodegi – tej w której leżakuje brandy – trzeba przemieścić się do sąsiedniego budynku. Gdyby nie te szpalery samochodów, byłoby tu całkiem uroczo.

Na głównym dziedzińcu stoi sobie taka piramidka z niewielkich beczek, w której leżakują holandy. Znaczy byłe holandy, bo po siedmiu latach to już zdaje się że dobra Solera Gran Reserva się z tego zrobiła. Spróbowałem tej najmocniejszej – dobra. Wziąłem do sampla, więc będzie także okazja zestawić z komercyjnymi SGR.

Sanchez Romate robi sherry, owszem, ale to brandy jest tym, z czego najbardziej słynie bodega. Brandy de Jerez Sanchez Romate eksportowana jest na większą część cywilizowanego świata (ba, dostępna była nawet w Biedronce), a ja właśnie znalazłem się w miejscu w którym każda butelka tej brandy rozpoczyna swą podróż.

Podobnie jak brandy z bodegi Gutierrez Colosia były nazwane na cześć sławnych odkrywców, tak i w Sanchez Romate brandy nosi imię znamienitej postaci z hiszpańskiej historii. Pedro González de Mendoza był XV wiecznym kardynałem (Cardenal), ważną figurą polityczną mającą istotny wpływ na Hiszpanię i Papiestwo. 

Cardenal Mendoza, jak każda z większych marek mocnych alkoholi, ma kilka odsłon:

Cardenal Mendoza Romate: podstawowa brandy średniego pułapu, solera reserva (a więc przynajmniej roczna). Jest to tutejsza najbardziej budżetowa brandy, choć kolor i tak wskazuje na dość intensywne użycie beczek po sherry (i karmelu 😉 ). Kosztuje u nas około 50zł.

Cardenal Mendoza Clasico – evergreen wśród brandy de jerez. Leżakowana w beczkach po oloroso i pedro ximenez solera gran reserva jest chyba najpopularniejszym reprezentantem tego rodzaju brandy na świecie. W Polsce kosztuje około 140zł i była już u nas oceniana w oddzielnym artykule, do którego zapraszamy.

Cardenal Mendoza Carta Real – brandy dwudziestoletnia. Nad Wisłą raczej rzadko spotykana a i ja nie miałem okazji jej spróbować w bodedze.

Cardenal Mendoza N.P.U. – co przekłada się jako Non Plus Ultra. Na tę brandy składa się solera jedynie 40 najlepszych beczek, którymi oryginalnie świętowano 200 lecie bodegi. Brandy pakowana w urokliwe, ciężkie karafki, kosztuje około 500€ (więc jest jedną z droższych brandy de jerez). Średnia wieku to 50 lat.

Po możliwości spróbowania criader i solery klasycznej Cardenal Mendozy, pan Marcelino zaprowadził mnie do najcenniejszego miejsca bodegi Romate – solery brandy N.P.U. Z tych właśnie beczek rozlewa się najstarszą i najdroższą tutejszą brandy.

W kieliszku prezentuje się nader okazale. Barwa najznamienitszych pedro ximenez, albo jak nie przymierzając jakiś Black Bowmore ;), a smak… zostanie dokładniej opisany podczas Wielkiego Testu Brandy de Jerez, który zaplanowany jest na „niedługo”.

Ostatni przystanek: magazyn „gościnny”. Jest to magazyn w którym nie leżakuje ani sherry, ani brandy. Leżą tu głównie specjalnie preparowane na potrzeby szkockiego przemysłu whisky słodowej „beczki po sherry”, a także rumy. Co do „beczek po sherry” to można od razu rozwiać mit, że są to beczki, w których przez dziesięciolecia spokojnie dojrzewało sherry. Nie są one pomalowane na czarno, ani nie mają oznaczenia co do ilości arrovas wina w środku. Nie ma wreszcie nigdzie napisane czy jest to solera, czy któraś z kolei criadera. Tak wygląda brutalna prawda – „beczki po sherry” są w miarę nowymi beczkami, na dwa lata zalewanymi winem, które później nawet nie jest butelkowane, a zostaje przedestylowane i idzie na brandy, ocet, lub alkohol techniczny, albo w ogóle jest wylewane do kanalizacji. W przypadku Sanchez Romate, jeśli dobrze pamiętam, z tego biednego oloroso robi się potem ocet.

Akuku!

Pokazuję ile chcę tego dostać, ale venencia jest nieubłagana i zostaje mi polana pełna copa dwuletniego oloroso ze świeżej beczki. Mniam, mniam.

Trocinowo-trawiasta mieszanina zostaje ukradkiem wylana gdzieś między beczkami. Tymczasem, obok tych upiornych „beczek po sherry” leżą spokojnie, beczki z rumem. Rum piliśmy już w ramach naszego przeglądu rumów, ale niestety nie wypadł najlepiej zestawiony z 40 letnimi Dictadorami i perwersyjnymi, technicznymi single caskami z Jamajki i Gujany.

Jedna z najpiękniejszych rzeczy w bodegach: do każdej beczki można sobie podejść, zdjąć korek, wsadzić nos prosto w beczkę i się zaciągnąć (z czego przyznam podczas wszystkich wizyt skrupulatnie korzystałem). Korek w beczkach z sherry stanowi głównie zabezpieczenie przed muchami, toteż wychodzi bez jakiegokolwiek wysiłku.

Na tym wizyta wydaje się kończyć, trzeba jedynie wrócić z powrotem przez magazyn do holu wejściowego. Ale nie tak szybko… pamiętacie proceder podpisywania beczek w Jerez? Było trochę o tym napisane tutaj. Ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu, pan Marcelino zaproponował mi podpisanie wybranej beczki w Sanchez Romate. No nie trzeba mi było tego dwa razy powtarzać.

A tak przedstawiał się efekt końcowy…

Na koniec jeszcze pamiątkowe zdjęcie z panem Marcelino i ruszamy do Fernando de Castilla, położonej dokładnie naprzeciw Sanchez Romate.

Wizyta w Sanchez Romate była jedną z ciekawszych wizyt w bodegach podczas mojego pobytu w Jerez. Jeśli ktoś będzie na miejscu i nie będzie pewien który zakład powinien odwiedzić, moją najwyższą rekomendację ma Sanchez Romate.

Aleksander Tiepłow

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *